Gdy pewnego jesiennego wieczora służący niosąc lampę naftową zmierzał na spotkanie pani domu aby oświetlić jej drogę do pałacowej jadalni nie mógł spodziewać się, że będzie bezpośrednią przyczyną wydarzenia, które wpłynie w przyszłości na losy wielu osób, z uratowaniem ich życia włącznie. Nawet gdy wydarzenie to już nastąpiło, w żaden sposób nie można było oczekiwać nic pozytywnego, bo czyż oblanie arystokratki płonącą oliwą wskutek potknięcia lokaja może nieść za sobą cokolwiek dobrego? Co gorsza, wobec całkowitego szoku i bezczynności winowajcy ratunek przynieśli dopiero wezwani krzykami płonącej Elizabeth von Maltzan jej mąż wraz z ochmistrzem.
Ówczesna medycyna była w takich przypadkach mało zaawansowana, nie dziwi więc, że leczenie ciągnęło się miesiącami. Poparzone nogi pani domu wymagały po takim wypadku ponownej nauki chodzenia, co z kolei powodowało pękanie skóry i ciągłą potrzebę gojenia ran. Lekarz wobec braku istotnych postępów w leczeniu i nacisków Andreasa von Maltzana zaordynował nową kurację, która zaszokowała by obecnie każdego medyka. Jedynym rozwiązaniem według doktora miało być… zajście w ciążę!
Niespełna trzy lata później korytarze pałacu w Militz wypełnił krzyk nowo narodzonego dziecka. Dziecka, które okaże się w przyszłości niepokorne i awanturnicze, ale czego się można było spodziewać po osobie „zrodzonej z płomienia”? Tego dnia na świat przyszła Maria von Maltzan, kobieta, która wykształci w sobie na tyle mocny moralny kręgosłup, że będzie mogła stanowić wzór do naśladowania dla następnych pokoleń. Nie we wszystkim oczywiście, bo przecież i ona była tylko człowiekiem.
Był dwudziesty piąty dzień marca 1909 roku.
Dawne, dobre czasy
„Jako dzieci mieszkaliśmy wraz z naszymi opiekunkami i guwernantkami w najpiękniejszej części pałacu: na pierwszym piętrze starego gmachu pomiędzy środkową a zewnętrzną kopułą, które pokrywała spatynowana miedź. W dawnych czasach Milicz był warownią, skąd można było kontrolować jedną z niewielu przepraw przez bagna Baryczy, prowadzącą na polski wschód. Moi przodkowie zrezygnowali potem z popadającej w ruinę warowni i rozbudowali oranżerię. Ostatecznie prace budowlane, które przyczyniły się do powiększenia budynku i którymi pałac milicki zawdzięcza dzisiejszy wygląd, zlecił dopiero mój ojciec. Zakrojone na tak wielką skalę tudzież tak kosztowne przedsięwzięcie nie mogło być finansowane wyłącznie z dochodów posiadłości. Umożliwiła je jedna z ciotecznych babć, która mieszkała w Anglii… Ojciec odziedziczył po niej duży majątek.”
„Bij w werbel i nie lękaj się. Wspomnienia” Maria hrabina von Maltzan
W IV wieku w Miliczu powstał neogotycki zamek, który w tym samym stuleciu przeszedł w posiadanie Konrada Księcia Oleśnickiego. W następnym wieku obiekt staje się własnością Zygmunta von Kurzbach, by ostatecznie w roku 1590 znaleźć się w rękach rodziny von Maltzan. Po pożarze zamku w roku 1797 już dwa lata później w jego pobliżu Joachim Andreas II von Maltzan wznosi klasycystyczny pałac.
Ostateczną formę rezydencja przybiera w roku 1909 po rozbudowie zleconej przez Andreasa von Maltzana. Spadek oraz generowane przez cały majątek dochody pozwoliły rozbudować założenie oraz zadbać o wyposażenie w znamienite dzieła sztuki, czemu właściciel rezydencji oddawał się z wielką pasją. Klasycystyczny dwukondygnacyjny pałac w centralnym miejscu posiada reprezentacyjną salę balową z charakterystyczną kopułą, do której której wejście podpiera kolumnowy portyk.
Najbardziej charakterystycznymi pomieszczeniami pałacu, zachowującymi w znacznej części oryginalny styl są wspomniana, imponująca sala balowa z dwunastoma jońskimi kolumnami, oraz znajdujące się w części wschodniej salony, w których poza drzwiami o ozdobnej snycerce warte uwagi są także: dekorowany, okrągły piec kaflowy, marmurowy łuk łączący pomieszczenia, oraz piękne stropy. Godna odwiedzenia jest również jedna z klatek schodowych z kamienną balustradą i imponującymi kolumnami. Rezydencja z zewnątrz zachowała swój oryginalny wygląd z charakterystycznymi portykiem fasadowym od strony dziedzińca i ryzalitem od części parkowej, wnętrze natomiast w większości jest przebudowane, ale w kilku miejscach wciąż można dojrzeć oryginalny wystrój.
Od 1950 r. mieści się tutaj Technikum Leśne, więc zarówno korytarze jak i sale dostosowane są do tej funkcji. Uczniowie podczas lekcji w jednej z sal mogą podziwiać oryginalne dekoracje sufitu, kolejny zachowany piec kaflowy czy marmurowy kominek. Przechadzając się po pałacowych korytarzach można również natknąć się na zdobione drzwi lub drewniane dekoracje z czasów świetności obiektu.
Pałac posiada dwa dziedzińce: honorowy z fontanną i rzeźbami oraz wewnętrzny – herbowy, gdzie znaleźć można także symbol Maltzanów, a cały teren zamykały kiedyś trzy bramy. Pierwszą była Brama Zwycięstwa powstała w 1815 roku upamiętnić ustalenia Kongresu Wiedeńskiego, drugą tzw. Czarna Brama, trzecia, filarowa prowadziła prosto na główny dziedziniec. Obecnie w najlepszej kondycji jest ta trzecia, pozostałe są w mniejszej lub większej ruinie, a najbardziej charakterystycznym pozostałym elementem Bramy Zwycięstwa jest figura lwa wciąż strzegąca wejścia na pałacowe założenie.
Pomiędzy bramami rozciąga się kanał wodny (kanał Młynówki) będący jednocześnie częścią parku. Podczas gdy wciąż widać jeszcze dawne zagospodarowanie terenu w stylu angielskim, to po całej romantycznej infrastrukturze niestety nic nie zostało.
Przy okazji historii pałacu należy przybliżyć również postać bodaj najsłynniejszej mieszkanki Milicza. Maria von Maltzan to postać nietuzinkowa – arystokratka, lekarz weterynarii, Sprawiedliwa Wśród Narodów Świata. Jej życiorys to gotowy scenariusz na film, który notabene powstał.
W milickim pałacu Marią i siedmiorgiem jej rodzeństwa opiekowała się liczna służba i guwernantki. Wychowywani więc byli w dworskiej etykiecie, ale młoda hrabianka od wczesnych lat wolała przyrodę i naukę niż dworskie życie. Zdecydowanie większym uczuciem darzyła swojego ojca, który choć surowy uczucie to odwzajemniał. Matka Elizabeth, delikatnie rzecz ujmując, nie narzucała się z miłością do Marii i żyła zgodnie z własną zasadą „na pierwszym miejscu jest mój mąż, następnie dom, a dopiero potem dzieci”. Kolejnym przykładem oschłego traktowania córki była sytuacja gdy zapytała ona matkę dlaczego nie mogła przyjechać na urodziny brata, a ta postawiła Marię przed lustrem i odrzekła nawiązując do jej niezbyt kobiecej urody „Popatrz na siebie, może wtedy zrozumiesz, że czegoś takiego nie trzyma się chętnie w domu”.
Mocno wpłynęło to na buntowniczy charakter córki, co z kolei pozwoliło na ukończenie studiów i zdobycie wykształcenia z weterynarii wbrew woli apodyktycznej rodzicielki. Maria otrzymywała bardzo skromne apanaże wynikające ze swojej pozycji społecznej, ale nigdy tego nie wykorzystała, aby zdobyć coś dla siebie. Biżuterię sprzedała podczas wojny, aby wyrabiać dokumenty dla Żydów, a na swój tytuł powoływała się tylko w przypadkach mających służyć innym. Zawsze mówiła to co myśli, to co było zgodne z jej sumieniem i przekonaniami.
Wojenna zawierucha
„Z muzeum przeszłam do biblioteki, gdzie stały liczne regały, w których spoczywała kolekcja miedziorytów… Z salą balową graniczył mały salon, w którym wisiały dziecięce portrety mojego rodzeństwa i mój. Potem weszłam do pokoju renesansowego z kosztownymi gobelinami… Przeszłam przez położoną pod jedną z kopuł jadalnię, tak zwany marmurowy dom, piękne pokoje gościnne, wszystko co od dziecka było mi tak znajome i kochane. We wszystkich pomieszczeniach i przestronnych korytarzach wisiały wspaniałe malowidła. Gdziekolwiek się spojrzało, piękno i kultura... Bardzo zajmowały mnie też losy wartościowych dzieł sztuki, które mieściły się w pałacu. Myślałam o Cranachu, Dietrichach i Wouwermanach.”
„Bij w werbel i nie lękaj się. Wspomnienia” Maria hrabina von Maltzan
Ostatni raz milicki pałac Maria odwiedziła wiosną 1944 r. Jej brat Carlos, który był zagorzałym nazistą zginął w walkach w 1940 r. Pod koniec wojny hrabina przeczuwając klęskę Niemiec bezskutecznie namawiała mieszkającą tu z rodziną szwagierkę na chociażby wywóz najcenniejszych dzieł sztuki znajdujących się w rękach rodziny. Pożegnała się więc z całym założeniem odwiedzając także znajdujący się on a drugim końcu parku pałacowego grobowiec rodziców. Kiedyś otoczony był bizantyńską bramą, a wykonany z brązu relief przedstawiał hrabiego w zakonnym płaszczu joannitów. Nie da się ukryć, że przeczucie hrabianka miała dobre – do pałacu w 1945 r. wkroczyła radziecka armia i po cennym wyposażeniu nic nie zostało. Zwłoki rodziców zostały wykopane i sprofanowane.
Podczas II wojny światowej hrabianka działała w antyhitlerowskiej opozycji. Nawet będąc zatrudniona w niemieckich urzędach do tłumaczenia listów wykorzystywała zdobywaną wiedzę na swój sposób. Często była zatrzymywana i przesłuchiwana przez gestapo. Jej mieszkanie było obserwowane i nie zawsze wiedziała komu może ufać. Całą wojnę ukrywała w kanapie ukochanego – żydowskiego pisarza Hansa Hirschela, z którym była (dwukrotnie!) zamężna. Z tego związku urodziło się też dziecko, które niestety jako wcześniak trafiło do inkubatora i zmarło podczas bombardowania Berlina, gdy zabrakło w szpitalu prądu. Na pewno miało to spory wpływ na Marię, nie złamało jednak ducha nieustraszonej bohaterce. Osobiście transportowała Żydów, przekazywała informacje, załatwiała dokumenty i fundusze. Zaraz po wojnie pod swój dach przyjęła dwie rosyjskie dziewczynki, którym zapewniła dom w tym niepewnym czasie. Dla niej nie liczyło się pochodzenie, czy narodowość (ratowała nawet radzieckie zwierzęta będąc mianowaną majorem Armii Czerwonej!). Za swoje poświęcenie i odwagę odznaczona została Orderem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Na jego wręczenie jednak nie pojechała gdyż Izrael atakował w owym czasie Liban, a dla niej wszelka agresja przeciwko innym ludziom i ich wartościom warta była potępienia. Empatia i poczucie sprawiedliwości towarzyszyły jej przez całe życie.
Przez wojenny czas działała również jako weterynarz pracując w wielu placówkach, a nawet podróżując z cyrkiem. Oprócz ludzi ratowała też zwierzęta – koniom sprytnie uszkadzała kopyta, aby nie zostały skierowane na wojnę. Uprawnienia zawodowe straciła jednak na kilka lat wpadając w narkotykowy nałóg i uzależniając się od łatwo dostępnych dla niej leków. Podniosła się i z tego koniec życia spędzając na prowadzeniu własnej kliniki w niezbyt popularnej dzielnicy niemieckiej stolicy. Cieszyła się w niej jednak wielkim szacunkiem. Umarła w 1997 r. mając jeszcze możliwość obejrzenia filmu inspirowanego jej życiem pt. „Forbidden” (polski tytuł „Zakazana miłośc”).
Milickie karpie
„Milicz posiadał również własny tartak, mleczarnię i gorzelnię. Około czternaście tysięcy mórg pokrywała woda, z czego dziewięć tysięcy zajmowały stawy rybne, które rozpowszechniły się na Śląsku za czasów wschodniej ekspansji zakonu krzyżackiego. Aby zapewnić zaopatrzenie w piątkową strawę, sprowadzono wówczas na Śląsk, Czechy u Morawy karpia, który wywodził się z Bałkanów. Hodowla tej ryby do 1945 r. stanowiła dla wielkich majątków jedno z istotnych źródeł dochodu. Do wydarzeń, które wywarły na mnie największe wrażenie w okresie dzieciństwa, należy odławianie naszego największego stawu – Krabownitze (Grabownica). Najpierw spuszczano ze stawu wodę, a potem około południa rozpoczynał się wielki połów w wykonaniu naszych stawowych dozorców i pracowników zakładu rybnego.”
„Bij w werbel i nie lękaj się. Wspomnienia” Maria hrabina von Maltzan
Stawy hodowlane w spływie Baryczy założyli już w XIII w. wrocławscy cystersi. Jak wiadomo średniowieczny, ascetyczny tryb życia chrześcijan generował spory popyt na ryby. Przejmując te ziemie Maltzanowie stali się również właścicielami stawów, z których czerpali finansowe korzyści. Obecnie to największy ośrodek hodowli karpia w Polsce oraz dolnośląski, flagowy produkt lokalny Doliny Baryczy. Hodowany jest po opieką ichtiologów, karmiony zbożem i posiada liczne certyfikaty. Szczególnie popularny jest oczywiście z okresie przedświątecznym, ale ma też swoją stałą pozycję w kartach tutejszych restauracji oraz własny festiwal, podczas którego promuje się zarówno region jak i tradycyjne dania z karpiem jako głównym składnikiem. Obecnie dookoła stawu Grabownica, należącego kiedyś do prominentnej rodziny prowadzi ośmiokilometrowa ścieżka przyrodniczo-edukacyjna, a na jej trasie stoi również wieża do obserwacji ptactwa.
Kościół łaski
Na katolickim Śląsku w XVII w. ewangelicy nie mieli zagwarantowanej wolności kultu. Pozwolono im na wybudowanie trzech kościołów pokoju (tych słynnych w Jaworze i Świdnicy oraz nieistniejącego w Głogowie), a na mocy ugody altransztadzkiej zawartej w 1707 r. miedzy królem szwedzkim Karolem XIII a cesarzem rzymskim Józefem I Habsburgiem dodatkowo na postawienie sześciu świątyń – zwanych właśnie kościołami łaski. Jednym z nich jest ten milicki, który częściowo sfinansował hrabia Joachim Wilhelm von Maltzan. Powstał kościół pw. Świętego Krzyża o drewnianej konstrukcji z pruskiego muru. W 1945 r. został przejęty przez wyznanie rzymsko-katolickie, a z jego pierwotnej bryły wewnętrznej zachowały się trzy kondygnacje empory oraz organy zbudowane przez Wilhelma Sauera w 1887 r. W podziemiach znajduje się krypta rodziny von Maltzan, niestety wejście do niej zostało pół wieku temu całkowicie zamurowane i jest obecnie niedostępna.
Żyj i pozwól żyć innym
Choć w pałacu Maria von Maltzan spędziła tylko dzieciństwo, to wydarzenia z tego okresu w znacznym stopniu ją ukształtowały i odcisnęły swoje piętno. Zdecydowanie warto poznać bliżej tą nietuzinkową postać, której życie było zarówno fascynujące jak i naznaczone cierpieniem. Jej książka „Bij w werbel i nie lękaj się. Wspomnienia” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników historii i świadectwo dramatycznych czasów, w których przyszło jej żyć. To jasny przekaz że tylko wtedy, gdy przestrzegamy zasad człowieczeństwa i mamy mocny moralny kręgosłup jesteśmy w stanie żyć po swojemu, w zgodzie z innymi mając po prostu dobre życie.
Gdyby ta książka mogła stać się szkolną lekturą zdecydowanie wniosłaby sporo do postrzegania świata przez młodzież. Trudno sobie wyobrazić jednak w kanonie szkolnych utworów pozycję napisaną przez niemiecką hrabiankę. Ale czy na pewno? Życie Marii, jej postawa i wybory wskazują na kosmopolityczną obywatelkę świata. Świata gdzie to ludzie i zwierzęta są najważniejsi. Nie majątki, nie skarby, tytuły, władza, ale człowiek z całym swoim jestestwem.
Stając przed milickim pałacem trzeba o tym pamiętać.
„Moja lecznicza jest wprawdzie mała, ale w tej dzielnicy cieszy się szacunkiem, a ja świetnie ułożyłam sobie życie z tutejszą bardzo barwną młodzieżą, punkami i alternatywą… Kreuzberg jest barwny i pełen wigoru, w znacznym stopniu dzięki Turkom, którzy żyją tutaj z niemieckimi obywatelami w pełnej zgodzie. Turcy i Niemcy respektują się wzajemnie, i tak oto w tej dzielnicy zaistniało coś, czego pragnie się wszędzie: każdy szanuje drugiego człowieka. Z mojej śląskiej ojczyzny wywodzi się piękne powiedzenie: „lepiej żyć krótko a dobrze”. Nie urzeczywistniłam go, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: ani minuty się nie nudziłam.”
„Bij w werbel i nie lękaj się. Wspomnienia” Maria hrabina von Maltzan
Źródła:
- „Bij w werbel i nie lękaj się. Wspomnienia” – Maria hrabina von Maltzan (wyd. Via Nova, 2010)
- www.zabytek.pl
