Heinrich von Korn – skarby, pałace, cudowna figura… i wrocławski ratusz

Trzech pracowników piaskowni w wiosce Sacrau, leżącej niedaleko Breslau, z mozołem wydobywało tutejszy surowiec. Łopata za łopatą, minuta za minutą, słowem dzień jak co dzień. Czas dłużył się też jak zwykle, w końcu cięzko nazwać taką pracę pasjonującą czy wymagającą wyjątkowego skupienia. Pot spływał po czołach i plecach, a oni umilali sobie upływający czas niezobowiązującą rozmową. Chwilami musieli odłożyć łopatę aby ręcznie odrzucać co większe kamienie.

W pewnym momencie jednak natrafili na głazy, które były na tyle duże, że wymagały wspólnego wysiłku. Naprężyły się mięśnie, żyły wyraźniej zarysowały się pod skórą, pot nieco obficiej zrosił czoła robotników. Choć po odsunięciu kamieni ich oczom ukazał się widok, jakiego na pewno się nie spodziewali, to już za chwilę zaczęli działać w jedyny możliwy sposób. Zarabiający niewielkie pieniądze pracownicy rzucili się na kolana i zaczęli zbierać leżące w ziemi kosztowności. Po kolejnej, dłuższej już chwili ich umysły zaczęły pracować trzeźwiej. Zapewne doszli do wniosku, że takiego znaleziska nie uda utrzymać się w tajemnicy i trzeba o nim zawiadomić swojego „chlebodawcę”.

Heinrich August Jacob Korn, którego siedzibą był odległy od Breslau o kilkadziesiąt kilometrów pałac w Schönfeld, o niezwykłym odkryciu poinformował przede wszystkim osobę, którą dobrze znał. Hermann Luchs, kierownik i kustosz Museum Schlesischer Altertümer (Muzeum Starożytności Śląskich) szybko podzielił jego opinię o znaczeniu odkrytego tzw. „grobu książęcego”. Wśród skarbów otaczających pochówek jednego mężczyzny i dwóch kobiet znalazły się między innymi bogato zdobione złote i srebrne: sprzączki, zawieszki, zapinki, sztućce, okucia, naczynia a także skrzynie do ich przechowywania. Ich wiek oszacowano na ponad 1700 lat.

Heinrich Korn, majętny drukarz, księgarz i wydawca, na pewno był zaskoczony, gdy dotarła do niego informacja o znalezionych kosztownościach. Czy to jego zdumienie było jednak aż tak duże, że powiadomił odpowiednie służby dopiero po dwóch dniach, czy może przyczyny były inne? Na pewno miał prawo być tego dnia niedowiarkiem, gdyż żarty trzymały się dzisiaj wielu osób.

Był pierwszy dzień kwietnia 1886 roku.

Historia pałacu w Siedlimowicach

Niewiele jest pewnych informacji na temat początków rezydencji. Sama miejscowość Siedlimowice (niem. Schönfeld) przez wieki była w rękach wielu znanych rodów, mogących pochwalić się szlachetnym przedrostkiem „von”: Seidlitz, Seherr-Thoss, Lieres czy Pückler. Jedne źródła informują o powstaniu dworu obronnego na początku wieku XIV, inne datują to wydarzenie na wiek XVI. Kolejnym potwierdzeniem jego istnienia, tym razem z wieku XVII jest wykorzystywanie go przez Szwedów podczas wojny trzydziestoletniej jako lazaret. Jeszcze zanim ten konflikt się skończył obiekt spłonął, przy czym brak jest informacji, czy miało to coś wspólnego ze zbrojnymi zmaganiami.

W następnym stuleciu dwór został odbudowany w okazalszej formie pałacu, powstał też większy, związany z nim folwark. Dopiero jednak przejęcie obiektu w wieku XIX przez nowego właściciela, oznaczało najlepsze, „złote czasy” dla rezydencji. Heinrich August von Korn, bo o nim mowa, nadał obiektowi rękami architekta Richarda Lucae ostateczny styl określany jako neomanierystyczny w odmianie niderlandzkiej.

Zachwycał portal z herbem i dewizą rodową „candide et caute” (zacnie i przezornie) oraz z datą przebudowy (1875), wnętrza pełne były zdobień i dekoracji. Głównego wejścia strzegły dwa kamienne lwy. Nad obiektem górowała wieża, której cztery boki upiększały płaskorzeźby przedstawiające ludzkie twarze, szczyt wieńczyła zaś piękna, metalowa konstrukcja z balustradą i metalowym hełmem.

Dach obiektu, mansardowy pokryty łupkiem, ozdobiony był neorenesansowymi, kamiennymi elementami dekoracyjnymi, w tym rzeźbami postaci umieszczonymi w niszach. Pałac posiadał dwie kondygnacje, jego rzut był nieregularny ze względu na liczne przebudowy. Elewacje pałacu cieszyły oczy pilastrami, boniowaniem, gryfami i maszkaronami. Za pałacem roztaczał się park ze stawem.

II wojnę światową obiekt przetrwał na pewno posiadając dach, czego dowodem są zdjęcia z tego okresu, a podobno do lat siedemdziesiątych przetrwała też część wnętrz i zdobień. Bezpośrednio po konflikcie zbrojnym majątek zarządzany był przez Armię Czerwoną, a do Siedlimowic wrócili niemieccy mieszkańcy, którzy pracowali w dawnym gospodarstwie von Kornów. Ostatni autochtoni opuścili miejscowość dopiero w końcówce lat pięćdziesiątych.

Niedaleko za samą miejscowością (w kierunku Domanic) znajduje się niewielkie wzniesienie. Córka Heinricha von Korna, która miała na imię Luise, wybrała sobie to miejsce jako ulubiony cel spacerów. Ojciec postanowił więc wybudować dla niej pawilon widokowy i od tego czasu wzgórze to zwało się Luise Hohe, czyli Wzniesienie Luizy. Niestety obecnie na szczycie nie ma już śladu po romantycznym miejscu odpoczynku.

Młyn

W znacznie lepszej sytuacji obecnie znajduje się siedlimowicki młyn, który użytkowany jest do dzisiaj i można w nim wciąż zakupić mąkę wytwarzaną przez pochodzące z początku XX wieku maszyny. Pierwsze informacje o mieleniu zboża w tym miejscu pochodzą z wieku XV, ale obecny budynek wzniesiono w drugiej połowie XIX wieku już za czasów Heinricha von Korna, a jego sukcesywna rozbudowa wraz z innymi obiektami zakończyła się dopiero na początku następnego stulecia. Podobno gdy był jeszcze wyposażony w napęd wodno-parowy zasilał w energię elektryczną pobliski pałac. W latach sześćdziesiątych XX wieku zrezygnowano ostatecznie z wody jako napędu.

Na terenie obiektu organizowane są co roku dni mąki, a sami właściciele co jakiś czas organizują warsztaty i oprowadzają wycieczki. Warto więc obserwować stronę młyna na popularnej platformie społecznościowej i przy najbliższej okazji przybyć tutaj by nabyć worek lud dwa tutejszego wyrobu (a nic tak nie smakuje jak własnoręcznie upieczony chleb z „historycznym aromatem”).

Pałac w Pawłowicach

Oprócz rezydencji w Siedlimowicach Kornowie posiadali także pałac w podwrocławskich wtedy Pawłowicach. Ziemie te stały się majątkiem Heinricha w roku 1886, sam pałac powstał 5 lat później. Został wybudowany w stylu neorenesansu północnego, znanego także jako neorenesans niemiecki. Za projekt fasady głównej części obiektu odpowiadał berliński architekt Artur Orth. Nad wejściem głównym umieszczono kartusze herbowe von Kornów oraz von Eichborn (żona Helena z domu Eichborn), dobudowana później część pałacu, do której dostać się można efektownym łącznikiem, ozdobiono natomiast herbami von Schweinischen i von Korn. Legenda głosi, że wspomniany nowy człon rezydencji powstał aby rodzice mogli odpocząć od dzieci przebywających w obiekcie głównym.

Za pałacem znajduje się zrewitalizowany park łączący się z Lasem Zakrzowskim. Można nim swobodnie spacerować podziwiając różaneczniki, rododendrony czy tutejszy staw. Jedynym obiektem parkowym jest wybudowana tuż nad brzegiem wody glorieta. Obok rezydencji stworzono folwark, obecnie wciąż w pewnym zakresie wykorzystywany przez Uniwersytet Przyrodniczy. Tutejszy młyn miał jednak mniej szczęścia niż ten w Siedlimowicach, gdyż zakończył działalność w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Pałac obecnie należy do Uniwersytetu Przyrodniczego i znajduje się tam centrum edukacyjno-rozwojowe. Obiekt nie jest udostępniony do zwiedzania poza nielicznymi wyjątkami, ale można swobodnie pospacerować po terenie wokół oraz po parku.

Heinrich August Jacob von Korn

Jeżeli czyjeś postacie znajdują się w formie figur na elewacji ratusza dużego miasta, to znaczy, że ma się do czynienia z osobami o znaczącym wkładzie w historię lokalnej społeczności. Taki właśnie przypadek ma miejsce jeżeli chodzi o Heinricha von Korna i jego małżonkę Helenę. Właśnie za zasługi dla Wrocławia (wtedy niemieckiego Breslau) Heinrich otrzymał w roku 1882 tytuł szlachecki.

Prapradziadkiem Heinricha był Johan Jacob , który rozpoczął w 1729 roku w Berlinie działalność księgarską. Trzy lata później przeniósł się do Wrocławia i założył wydawnictwo, które przetrwało aż do XXI wieku, oczywiście już po przeniesieniu się na teren Niemiec. Warto również odnotować, że już Johan Jacob wydawał książki po polsku, a najdłużej wydawaną gazetą w historii Wrocławia była „Schlesische Zeitung”, za którą także odpowiedzialni byli Kornowie.

Urodzony szóstego kwietnia 1829 roku Heinrich nie tylko w dalszym ciągu prowadził biznes wydawniczy, ale również go rozwijał kupując i rozbudowując papiernię w podwrocławskim Zakrzowie. Interesowały go także inne dziedziny życia, był radcą miejskim i wrocławskim posłem do sejmu prowincjonalnego, koneserem i kolekcjonerem sztuki czy zabytków. Część swoich zbiorów przekazał nawet mieszczącemu się we Wrocławiu Śląskiemu Muzeum Sztuk Pięknych, a gdy placówka okazała się za mała, znaczną kwotą wsparł zakup nowej siedziby dla Śląskiego Muzeum Rzemiosła Artystycznego i Starożytności jak brzmiała zmieniona nazwa. W ramach wdzięczności oprócz wspomnianego tytułu szlacheckiego jedna z wrocławskich ulic otrzymała jego imię (obecna ul. Kromera). Co ciekawe aktualnie we Wrocławiu znaleźć można, choć w innym miejscu, ulicę poświęconą tej zasłużonej rodzinie (ul. Rodziny Kornów) a także ul. Skarbu Zakrzowskiego.

Kornowie byli również fundatorami znajdującego się w Psim Polu (wtedy nie była to jeszcze część miasta) kościoła ewangelickiego, który jednak nie przetrwał do dzisiejszych czasów, choć część z jego elementów wykorzystano przy odbudowie wciąż stojącego katolickiego kościoła św. Jakuba i Krzysztofa przy tej samej ulicy (teraz ul. Bolesława Krzywoustego).

Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie…

Heinrich August Jacob von Korn zmarł 20 marca 1907 i został pochowany w kaplicy, którą jego dziadek kazał wybudować w roku 1822 na Osobowicach, czyli na terenach należących do rodzinnego majątku. Obiekt powstał dla lokalnej katolickiej społeczności mimo, że sami byli protestantami. W przyziemiu znalazła się rodowa krypta i dzisiaj wciąż można odwiedzić miejsce ostatecznego spoczynku tego zasłużonego dla miasta obywatela. Za projekt kaplicy odpowiadał architekt Carl Ferdinand Langhans (syn słynnego Carla Gottharda Langhansa), którego dziełem są również między innymi inne wrocławskie budynki: Opera Wrocławska, gmach Starej Giełdy czy Synagoga pod Białym, Bocianem.

W roku 2024 kaplica została mianowana Sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Osobowickiej na Świętym Wzgórzu, a znajdująca się tu figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem została poddana badaniom, które ustaliły czas jej powstania na pierwsze dziesięciolecie XVII wieku. Rzeźba przeszła również gruntowną renowację, podczas której znaleziono w okolicach jej pasa pocisk z II wojny światowej. Biorąc pod uwagę, że okolice znajdującego się poniżej kaplicy dawnego, niemieckiego cmentarza poprzecinane są transzejami, oraz to, że Wrocław został w tym czasie ustanowiony twierdzą, to nie może to aż tak dziwić.

Samo miejsce było miejscem licznych pielgrzymek od 1727 r. kiedy to uzdrowienia po modlitwie przed świętym wizerunkiem doznał duchowny z wrocławskiego kościoła św. Macieja. Za ile cudów odpowiada tutejsza Matka Boska dokładnie nie wiadomo, ale warto wiedzieć, gdzie się udać gdy owego cudu potrzebujemy…

Agonia pałacu w Siedlimowicach

Po II wojnie światowej, po faktycznym przejęciu lokalnej władzy przez Polskę od Armii Czerwonej majątek zarządzany był przez lokalny PGR by w potem stać się własnością Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. To właśnie za czasów tych instytucji nastąpiła największa dewastacja wnętrz i kradzież wszystkiego co dało się wynieść. Kamienne lwy sprzed wejścia głównego zawędrowały aż nad zalew w Bogatynii (wraz z rzeźbami z innych dolnośląskich pałaców), po czym zaginęły bez wieści.

Aktualnie pałac jest podobno w rękach prywatnych, nie zmienia to jednak faktu, że jest w stanie agonii, w stosunkowo najlepszej kondycji znajduje się tylko wieża. Jedyną szansą dla pałacu jest zachowanie w stanie trwałej ruiny, co też sugeruje konserwator zabytków. Próby ratowania zostały jednak dawno zarzucone, czego dowodem jest rozpadające się stare rusztowanie przy jednej ze ścian.

Losy „skarbu zakrzowskiego”

Mimo rozproszenia kolekcji, gdyż część zabytków była wystawiana we Wrocławiu, część w innych miastach III Rzeszy, II wojna światowa nie oszczędziła skarbu. Podczas oblężenia Wrocławia gmach Śląskiego Muzeum Rzemiosła Artystycznego i Starożytności został zniszczony, a to co zostało ze zbiorów padło dodatkowo ofiarą grabieży. „Skarb zakrzowski” podzielił niestety nieznany los ogromnej ilości zabytków podczas wojennej zawieruchy. Ta niewielka ilość, która ocalała, jest obecnie wystawiona w Arsenale Miejskim, czyli oddziale Muzeum Miejskiego Wrocławia. Zbiór oryginałów uzupełniony jest kopiami wykonanymi jeszcze przed wojną przez niemieckich konserwatorów, jak i tymi stworzonymi już polskimi rękami po 1945 roku.

Dodaj komentarz