To kościelne założenie to największe opactwo cysterskie i drugi co wielkości obiekt sakralny na świecie (zaraz po hiszpańskim Eskurialu). Jego majestat wciąż góruje nad całym terenem, ale to co obecnie widać jeszcze w XVIII w. robiło znacznie większe wrażenie. Choć jest to klasztor mnichów, którym przyświecało hasło „ora et labora” (módl się i pracuj) bogactwo jakie mieli w swoich skarbcach pozwoliło na stworzenie majestatycznego, ociekającego przepychem obiektu, który przyćmiewał majątki niektórych władców. Można też powiedzieć, że stało się ono w końcu przyczyną jego upadku, ale nie uprzedzajmy faktów…



Cysterski klasztor
Wszystko zaczęło się w 1163 r. gdy piastowski książę Bolesław I Wysoki sprowadził z Turyngii pierwszych Cystersów. Oświeceni i trzeba to przyznać, przedsiębiorczy braciszkowie, przez kolejne lata korzystając z poparcia władców śląskich stali się właścicielami znacznej liczby okolicznych wsi. Oprócz dbania o dusze wiernych zakon dbał bowiem o okoliczną gospodarkę (a tym samym swoją kieszeń). Zakładano kuźnie, browary, młyny, stawy hodowlane, uprawiano winorośl i owoce w sadach. Wszystko to na zasadach feudalnych – zatrudniając świeckich pracowników, którzy do klasztoru mieli ograniczony dostęp. Tu bowiem rządził opat, a nie każde „święte” miejsce było godne zwykłego parobka. Zakonnicy zajmowali się pisaniem ksiąg oraz ich kopiowaniem, prowadzeniem bibliotek oraz medycyną i nauką. Pierwszy kościół, w którym pochowano fundatora klasztoru, stanął tu w 1200 r., a w jego progach gościł sam Henryk I Brodaty z żoną Jadwigą. Rozkwit chrześcijańskiego założenia przerywały wojny husyckie, reformacja i wojna trzydziestoletnia, ale największe „cuda” zadziały się tu po roku 1660. Wtedy bowiem za wygląd wnętrz zabrał się znany malarz Michael Willmann, zwany śląskim Rembrandtem. W kolejnych latach powstał też opacki pałac liczący 300 sal, a kościół i budynki zyskały barokowe freski i obrazy spod ręki wielkiego mistrza. Jak wyglądały pełne przepychu wnętrza zakonu możemy zobaczyć w niewielkiej części i dzisiaj. Zadziwieni turyści zatrzymują się bowiem w Sali Książęcej, Refektarzu Letnim i Jadalni Opata, by z zadartą w górę głową chłonąć niesamowite piękno.






Wszystko jest tutaj dogłębnie przemyślane. Malowidła i rzeźby nawiązują do postaci biblijnych i mitologicznych. Czczą założycieli, wielkich orędowników i tych, dzięki którym zakon mógł kwitnąć gospodarczo. W letniej jadalni, zaprojektowanej tak aby słońce grzało nawet w zimowe dni, akustyka jest tak doskonała, że z jednego końca słychać szept dochodzący z drugiego. Miało to ograniczyć rozmowy przy stole, gdyż tylko czytający pismo mnich miał być słyszany. Sufitowe malowidła są ewenementem na europejską skalę, a ich kolory i przesłanie budzą zachwyt nawet w laikach sztuki i architektury. Nie będziemy opisywać wszystkich malunków i znaczenia imponujących monumentów – tu warto posłuchać przewodnika, lub przeczytać książkę „Lubiąż. Biografia cudu”, której autorem jest Tomasz Bonek. Z niej dowiemy się praktycznie wszystkiego o ponad 800 letniej historii tego miejsca, ale też także o historii Śląska i Polski. Bardzo polecamy.






„W centrum unosi się gołębica – symbol Ducha Świętego, źródła wszelkiej Wiary i Mądrości. Poniżej, po lewej, spogląda n nas Najświętsza Maria Panna, Immaculata – czyli Niepokalana w otoczeniu aniołów. Po prawej latają anioły, zwane puttami, przypominające antycznego Erosa, podtrzymują Dzieciątko. Nad gołębicą unoszą się trzej geniusze z tiarą, kluczami i krzyżem – to symbol Kościoła katolickiego.”
„Lubiąż. Bigrafia cudu” Tomasz Bonek
Kasacja
Panowanie cesarzy austriackich, wyznających katolicyzm i wspierających działalność zakonników, przerywa w 1740 r. przegrana z Prusami, które z kolei wkrótce ponoszą klęskę w wojnie z Francją i w wyniku ustaleń pokoju w Tylży w 1807 r. muszą zapłacić ogromne odszkodowanie wojenne. Dodatkowo na świecie kończy się średniowieczne panowanie władzy kościelnej, a jej ogromne bogactwa kuszą. Pruski król Fryderyk Wilhelm III (z ewangelickiej dynastii Hohenzollernów) nie ma więc skrupułów i 1810 r. podpisuje dekret o sekularyzacji kolegiat i klasztorów. Mnisi tracą więc status, ale przede wszystkim swój majątek – staje się on bowiem własnością państwa. Z założenia wywieziono ponad czterysta bezcennych malowideł, rzeźby, książki, instrumenty muzyczne, monety i inne wartościowe przedmioty. Od tego momentu, aż do dzisiaj blichtru i przepychu baroku doświadczymy tyko w niewielkim zakresie.






Szpital psychiatryczny
„Wszystko tu działa jak w szwajcarskim zegarku. Cud jest teraz modelowym szpitalem psychiatrycznym w Prusach, odwiedzanym nie tylko przez rządowych dygnitarzy, lecz także przez gości zagranicznych. Pliny Earle, dyrektor wielkiego nowojorskiego Asylum for Insanity, nazwał nawet szpital w Leubus „najlepszym zakładem na świecie”. Takie opinie pozwalają przekonać posłów, aby przeznaczyli na rozbudowę placówki jeszcze większe pieniądze.”
„Lubiąż. Biografia cudu” Tomasz Bonek
Po kasacji pomysłem na zagospodarowanie tak ogromnego obiektu (trzy razy większego od Wawelu) było przekształcenie go w szpital. I to, jak wynika z powyższego opisu, medyczny obiekt z prawdziwego zdarzenia. Stosowane tu od 1830 r. nowoczesne metody leczenia chorób układu nerwowego, które wcześniej nazywano „szaleństwem” cieszyły się światowym uznaniem, a świadectwa wyleczonych kuracjuszy przyczyniały się do jego rosnącej renomy. Wkrótce, gdy zaczyna brakować miejsca dla kolejnych pacjentów, w 1902 r. dyrektor Alter postanawia wznieść całkiem nowy szpital pawilonowy po drugiej stronie miasta. I ten właśnie obiekt, dla nerwowo i psychicznie chorych, funkcjonuje po dzień dzisiejszy. Wejście na jego teren jest możliwe i można obejrzeć przedwojenne wille oraz zagospodarowanie terenu. Trzeba jednak przyznać, że kraty w oknach, druciane ogrodzenia i wyludnienie robią przejmujące wrażenie.



Z terenu szpitala można wyjść tylną bramą na zapomniany cmentarz pacjentów zmarłych przed II wojną światową. Do obecnych czasów pozostał jednak tylko jeden imienny nagrobek, reszta niemieckich pensjonariuszy to już tylko ukryte pod bluszczem betonowe numery.



Ośrodek III Rzeszy
Przekształcenie sacrum w profanum pogłębiło się znacznie w czasach istnienia szpitala, ale zauważyć należy że ciągle obecne tu były ogromne freski w salach oraz wspaniałe wyposażenie bazyliki. W latach przedwojennych sam Adolf Hitler kierował środki na remont i utrzymanie placówki, aby podkreślać wspaniałość niemieckiej sztuki (za jaki uznano obiekt i dzieła Willmanna), a weekendowi turyści przybywali podziwiać obiekt automobilami i pociągami. Cysterska świetność nadal lśniła pełnym blaskiem.
„Stare opactwo – pośród pól, wśród lasów, z dala od wielkich miast, w zakolu Odry – ma się turystom odwiedzjaącym Leubus kojarzyć z potęgą narodu niemieckiego. Tak podpowiadają im przewodniki kupione w Breslau czy Liegnitz oraz naukowe opracownania Grundmanna i profesorów z Bresalu zajmujacych sie badaniem śląskiej sztuki”.
„Lubiąż. Biografia cudu” Tomasz Bonek



Sytuacja zmieniła się wraz z nadejściem wojny. Szpital zlikwidowano i początkowo zorganizowano tu obóz dla przesiedleńców i Luksemburczyków, a następnie postanowiono umieścić w nim filię firmy Telefunken, przedsiębiorstwa zajmującą się m.in. pracami nad radiolokacją. Dostępne są zdjęcia przedstawiające stoły do pracy i maszyny umieszczone w przepięknej Sali Książęcej (to właśnie tutejszym naukowcom przypisuje się stworzenie prototypu tranzystora). Wkrótce jednak front zaczął się przesuwać i zaczęto myśleć o ewakuacji. W tym właśnie czasie Lubiążem zainteresował się Günther Grundmann – niemiecki konserwator zabytków, który prowadził inwentaryzację zabytków Dolnego Śląska, planując magazynowanie dzieł sztuki w bezpiecznych lokalizacjach. Warto wspomnieć, że to dzięki niemu nie zlikwidowano dwóch charakterystycznych wież lubiąskiego opactwa. Już w 1943 r. wywieziono obrazy Willmanna, cenną, średniowieczną pietę oraz rzeźby z bazyliki. Wszystko to przeniesiono do kościoła w Lubomierzu i do dzisiaj nie powróciły one na swoje miejsce. Choć większość z nich możemy spotkać w muzeach czy świątyniach Wrocławia i Warszawy, w lubiąskim kościele na ścianach wiszą tylko gołe ramy, puste haki lub reprodukcje. Ogrom pustej bazyliki robi wrażenie. Tutaj w podziemiach spoczywa sześciu piastowskich władców i sam Willmann, którego ponowny pochówek odbył się w 1990 r.
Lata powojenne
W 1945 r. do opactwa wkracza Armia Czerwona. Najpierw rozprawia się z tym, co można spalić, następnie z sarkofagami i trumnami Piastów oraz zakonników – te kości przez kolejne lata poniewierać będą się po klasztornych piwnicach, dając powody do snucia wielu teorii. Polska władza w latach 70 i 80-tych również nie spisała się lepiej. Wierząc właśnie w ukryte skarby uciekających Niemców i szukając „złota Wrocławia” dawała możliwość niszczenia i wysadzania ścian oraz podziemi. Jedynym odkryciem jakiego dokonano tu w 1982 r. była tuba ze srebrnymi i złotymi monetami, ale datowanymi na początek XVIII w. Nigdy nie znaleziono żadnych kosztowności z czasów III Rzeszy.
Pojawiła się też po wojnie informacja (a raczej legenda jak się okazało później) na temat podziemnej, niemieckiej fabryki rzekomo znajdującej się pod ziemią łąki obok opactwa oraz tysięcy zamordowanych tutaj więźniów filii KL Gross Rosen. Za czasów PRL kilkukrotnie organizowano badania i poszukiwania kierowane przez majora Siorka (który był twórcą owego mitu), ale również i one zakończyły się fiaskiem. W niektórych kręgach legenda jednak żyje nadal.
Na szczęście obiekt w 1989 r. trafił w ręce Fundacji, która od tego czasu jest jego właścicielem. Starano się jednak kilkukrotnie o przejęcie obiektu przez kościół, państwo lub prywatnego inwestora, gdyż środki potrzebne na remont są niewyobrażalne. Słynna już jest historia wizyty Michaela Jacksona w 1997 r., kiedy szukał miejsca na europejski park rozrywki. Podobno był zachwycony akustyką wielkiej sali, ale nawet jego poraziła kubatura budowli. Stowarzyszenie działa więc samo, z mozołem inwestując środki w kolejne sale i barokową fasadę, notabene najdłuższą w Europie. Na terenie opactwa stoi kilka budynków gospodarczych (w jednym mieści się sklepik z regionalnymi produktami, w innym Karczma Cysterska), zrujnowany kościół św. Jakuba oraz budynek bramny.
Można również pokusić się o spacer po wsi i odnaleźć dom malarskiego mistrza, przy ulicy nazwanej jego imieniem czy odwiedzić barokowy kosciół świętego Walentego z 1749 r. Patron zakochanych, ale i chorych psychicznie (niektórzy twierdzą, że to to samo 😉 ), przypomina o tym, że od miłości do szaleństwa czasem krótka droga, o czym w Lubiążu wiedzą najlepiej. Warto też „rzucić okiem” na stojącą na środku skrzyżowania kaplicę św. Jana Nepomucena z 1727 roku.



Z pobliskim laskiem świętej Jadwigi wiąże się również popularna, miejscowa legenda. Podobno obecna patronka Śląska wracając, oczywiście na boso, z pielgrzymki do Lubiąża w stronę Trzebnicy zatrzymała się na wzgórzu by ostatni raz spojrzeć na klasztor, a wtedy spod jej stóp trysnęło źródełko. Wkrótce wierni zaczęli przypisywać tej wodzie cudowne właściwości, a wyleczonych ludzi przybywało tak, że stanęła tu studnia do czerpania, która istnieje do dzisiaj (choć samo miejsce zasługuje o lepsze zadbanie). Może warto więc abyście i Wy przybyli łyknąć leczniczej wody oraz odwiedzić i wesprzeć niezwykłe opactwo, które z mozołem odzyskuje swoją wielkość i jedyny w swoim rodzaju barokowy blask.



Słowo na niedzielę
Opactwo w Lubiążu to świadectwo jakich dzieł mogą dokonać ludzie uduchowieni czy też po prostu obdarzeni przez Boga talentem (ale również bardzo bogaci), ale także idealny dowód na to, że grzeszyć jest rzeczą ludzką, a pycha i nieumiarkowanie mogą doprowadzić do upadku. Czyżby kara boska?
