Smoki, Hellada, miłość, śmierć i tajemnice. Opowieść o pałacu w Pątnowie.

Na początku I wojny światowej niemiecki generał Erich von Falkenhayn planował wykonać manewr i przemieścić swoje wojska wzdłuż belgijskiego wybrzeża by potem z zaskoczenia uderzyć na lewą flankę atakujących aliantów. Podobny plan oskrzydlenia przeciwnika mieli jednak również ci ostatni, co rozpoczęło „wyścig do morza”, czyli jednoczesne ruchy wrogich armii na północ, w stronę morza zwanego Północnym właśnie. Manewry te były równocześnie wstępem do pierwszej bitwy pod belgijskim miastem Ieper (któremu notabene nazwę zawdzięcza użyty tutaj trzy lata później gaz musztardowy – iperyt). Niemcy nazwali to starcie „rzezią niewiniątek”, gdyż ich wojska w tym rejonie w znacznej części składały się z młodych ochotników, którzy mogli nawet „nie wąchać jeszcze prochu”. Wystarczył miesiąc walk, by Cesarstwo Niemieckie straciło aż 130 000 żołnierzy. Wtedy liczba ogromna, w kolejnych latach została jednak przyćmiona.

Można tylko zgadywać co myślał przed tą bitwą pewien młody żołnierz. Czy odczuwał strach? Czy może nie mógł doczekać się walki aby udowodnić swoją wartość? Był on tylko jednym z setek tysięcy malutkich trybików wielkiej machiny wojennej, nieistotny dla wielkich generałów, a może będący całym światem dla Isy, jak nazywana była Lucie Wanda Elisa hrabina Rothkirch i Trach. Ich ślub odbył się 7. maja 1912 roku w rodzinnym pałacu w Panthenau. Owocem tego związku był syn Carl-Arthur, ich jedyne jak się okazało dziecko, które przyszło na świat już po wybuchu pierwszej wojny światowej. Czy ojciec zdążył je zobaczyć?

Gdzieś na polu walki pod Ieper podczas heroicznego ataku, a może w dramatycznej obronie 26-letni porucznik 1. Pułku Piechoty Gwardii baron Arthur von Kettler wydał ostatnie tchnienie.

Był jedenasty dzień listopada 1914 roku.

Historia pałacu w Pątnowie (niem. Panthenau)

Pierwsze informacje o miejscowości pochodzą z połowy XII wieku, ale w rękach rodziny Rotkirch i Trach Pątnów znajduje się od 1772 roku. Pałac natomiast zawdzięcza swoje powstanie pod koniec tego samego stulecia Ernestowi Wolfgangowi von Rotkirch i Trach. Budowla została wzniesiona na planie podkowy w stylu klasycystycznym, a jej najbardziej charakterystycznym elementem jest imponujący portyk kolumnowy przywodzący na myśl antyczną Grecję. Prawdopodobnie obiekt powstał według projektu słynnego wówczas architekta Carla Langhansa, który odpowiadał za pałac rodziny Rotkirch w Czerwonym Kościele (od tej właśnie miejscowości rodzina ta przybrała swoje rodowe nazwisko).

Główne wejście otaczał zdobiony portal, obecny jeszcze w latach 90-tych ubiegłego wieku, aktualnie zdemontowany. Zniknęły też kamienne schody. W środku wrażenie robiła wysoka na dwie kondygnacje eliptyczna w kształcie sala balowa, którą ozdabiały półkoliście sklepione nisze, zapewne z posągami. Dolne piętro budynku stanowiło część reprezentacyjną, górne część mieszkalną. Pałac otaczała z trzech stron fosa (prawdopodobnie pozostałość po wcześniejszym zamku) oraz wspaniały park w stylu angielskim z oranżerią, stawem, fontanną, ścieżkami spacerowymi, niektóre źródła wspominają nawet o sztucznej grocie.

Park angielski

Niestety niewiele z tego założenia możemy obecnie podziwiać, gdyż opuszczony zarósł i zdziczał. Ścieżki powstałe w XIX wieku są jeszcze czytelne, ale tylko tam gdzie wytycza je szpaler drzew. Uwagę zwracają zwłaszcza imponujące platany, czy dąb zwany „Tatarem”. Wśród tej przyrody trafić można na ruiny obiektów, które teraz mogą wydawać się zagadkowe, a pewnie w czasach świetności nic tajemniczego w nich nie było.

Pierwszy z nich znajduje się przy drodze do pałacu od strony kościoła. O ile sam fakt, że był podpiwniczony nie jest niczym niezwykłym, to tunel jaki się znajduje na jego tyłach jest już nietypowy. Nie dość, że jego przeznaczenie jest niewiadome, to jeszcze wykonano go nie z tańszego materiału jakim jest cegła tylko z piaskowca. Nadaje mu to bardziej reprezentacyjny charakter i dodaje tajemniczości.

Drugi z nich znajduje się na środku parku i jego przeznaczenie to prawdopodobnie lodownia lub ewentualnie magazyn – możemy tylko się tego domyślać.

Wciąż jest tu tajemnica

W takich ruinach zazwyczaj najbardziej imponuje część naziemna, piwnice zwiedza się niejako przy okazji, aby „odhaczyć”, że widziało się całość obiektu. W tym przypadku było jednak inaczej. To właśnie to co udało się znaleźć w jednym z zamurowanych (ale z przebitym wejściem) pomieszczeń, spowodowało szybsze bicie serca. Wyobraźnia pracująca do tej pory na niskich obrotach mocnej wcisnęła pedał gazu i wrzuciła wyższy bieg.

Wiele wskazuje na to, że znajdowała się tu zamaskowana skrytka. Kto i kiedy ją odnalazł pozostaje tajemnicą, ale nawet do tej pory można tam wykopać z ziemi: dziesiątki fragmentów ozdobnej ceramiki czy szkła, kawałki przegniłych materiałów, zbutwiałe deski czy stare (jakich już dawno się nie spotyka) gwoździe. Część z potłuczonych elementów udało się zidentyfikować jako pochodzącą ze słynnej Miśni (niem. Meissen) ręcznie malowaną porcelanową zastawę z motywem cebulowym z fabryki Ernsta Teicherta z lat 1901-1923. Inne okruchy natomiast to resztki po produktach porcelanowych firmy Franza Antona Mehlema z Bonn, sprzed roku 1920. Czyli jest pewność, że kiedyś do stołu nakrytego takim serwisem zasiadali szlachetnie urodzeni przedstawiciele rodu Rotkirch i Trach.

Były tam też spalone w różnym stopniu formularze niemieckiego czerwonego krzyża, datowane nie wcześniej niż na 1939 rok. Zimno na karku i gęsią skórkę spowodował natomiast ich urywek zakończony tradycyjnym w tym okresie pozdrowieniem… „Heil Hitler!”. Co w takim razie działo się w pałacu w latach wojny skoro można tam było znaleźć takie dokumenty? Czyżby był tam szpital lub innego rodzaju miejsce, gdzie dochodzili do siebie ranni żołnierze (zapewne oficerowie)?

Losy pałacu po II wojnie światowej

Istnieje kilka wersji zniszczenia pałacu. Pierwsza mówi o podpaleniu pod koniec konfliktu przez uciekającego właściciela, kolejna że zrobiły to wojska niemieckie, w dokumentach konserwatorskich natomiast widnieje, iż spłonął dopiero w latach pięćdziesiątych. Może jednak tradycyjnie byli to nasi „wyzwoliciele” ze wschodu? Nie ma pewności, ale niestety nie zmienia to faktu, że znajduje się on w ruinie nie dającej niestety szans na ratunek. Póki stoją ściany, a tak naprawdę póki stoi przyciągający swoją magią portyk, będzie odwiedzany przez specyficzną grupę turystów, choć nie ma w nim już wiele do zobaczenia.

Zabudowania folwarczne znajdujące się w pobliżu pałacu „zniknęły”, tak samo jak wzniesiona w szwajcarskim stylu willa, stanowiąca dom wdów oraz starszych panien z majoratu pątnowskiego.

Kościół i dwa cmentarze

Odwiedzając pałac można również udać się na dwie nekropolie. Pierwsza z nich znajduje się w zagajniku wśród pól, prawie zapomniana i zdewastowana, ale co ciekawe wykorzystywana przez polską ludność napływową jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku. Ponieważ kiedyś był to cmentarz rodowy, od pałacu prowadziła do niego jedna z parkowych ścieżek przechodząca następnie w lipową aleję. Dzisiaj trudno jednak znaleźć jakieś dowody na to, że spoczywają tu przodkowie mieszkańców pałacu.

Drugie, nieistniejące już miejsce wiecznego spoczynku znajdowało się w otoczeniu dawnego kościoła ewangelickiego, obecnie katolickiego pw. Narodzenia św. Jana Chrzciciela. W budowie współczesnego muru wykorzystano tutaj stare niemieckie nagrobki, co stworzyło pewnego rodzaju lapidarium. Kościół ten powstał w większej części w roku 1707 w miejscu starszej, średniowiecznej świątyni rozebranej z powodu złego stanu. Całkowite zakończenie budowy jednak nastąpiło dopiero w roku 1738.

Do uratowania wieży kościoła po uderzeniu pioruna przyczynił się również ród Rotkirch i Trach „rękami” Charlotty Eleonory, która sfinansowała remont, dzięki czemu we wnętrzu świątyni znajduje się jej epitafium.

Ale gdzie te smoki?

Była już antyczna Grecja, miłość, śmierć i tajemnice (brzmi jak wzór na klasyczne teatralne przedstawienie z antyku właśnie). Smoki nijak tutaj nie pasują. Nie? To „potrzymaj mi piwo”. Wyjaśnienie jest banalnie proste… ale to już można sprawdzić samemu, wyszukując jaki herb miał ród Rotkirch i Trach.

Dodatkową ciekawostką odnośnie owego herbu jest fakt, iż w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku u jednego z okolicznych rolników znaleziono pieczęć z tym znakiem, której ów gospodarz używał jako… tłuczka! Pokazuje to jak zadziwiające mogą być zawirowania historii oraz na jakie jeszcze przedmioty i w jak nietypowych zastosowaniach można czasami trafić w miejscach kompletnie do tego niepasujących.

Epilog

Lucie Wanda Elisa hrabina Rothkirch i Trach przeżyła 83 lata, zmarła z dala od rodzinnego pałacu w roku 1972 w Hanowerze. Syn Carl-Arthur von Kettler, który wziął udział w kolejnym światowym konflikcie, zmarł w Bonn 18 lat po matce, ale na trzy lata przed śmiercią odwiedził jeszcze tytułowe ruiny.

Sam pałac wraz z walącymi się ścianami i stropami powoli odchodzi w zapomnienie, cegła po cegle jest tej rezydencji niestety coraz mniej. Choć udało się mu wyrwać skrawki historii to na pewno pozostało coś jeszcze do okrycia. Trzeba się jednak spieszyć…

Dodaj komentarz