Płakowice – z piekła do raju

Największą atrakcją Płakowic jest tutejszy zamek. Na jego imponującym portalu bramnym nadal można podziwiać wizerunek pierwszego właściciela Rumpolda von Talkenberga i jego żony. Swoją rodzinną siedzibę przeniósł on tutaj ze zrujnowanej warowni Podkskale. Kolejni właściciele majątku to znamienite rody von Schaffgotsch, Hochberg i Nostitz, którzy z dworu obronnego przekształcili budynek w renesansową siedzibę arystokracji. W 1824 r. zamek trafił w ręce pruskiego rządu, a ten przeznaczył go na szpital psychiatryczny. Niestety zafundowana wtedy przebudowa pozbawiła go cennego wyposażenia kolekcjonowanego przez szlachetne rody, któremu już wcześniej nie oparły się wojska napoleońskie. Jednak to II woja światowa kładzie się najmroczniejszym cieniem na historii obiektu, gdyż w szpitalu tym Niemcy dokonywali eutanazji pacjentów w ramach akcji T4 – eliminacji „niewartych życia istnień”. Powojenna historia placówki to m.in. dom dziecka dla ponad tysiąca sierot i nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie pochodziły one z odległej Korei. Obecnie znajduje się ona w rękach prywatnych chrześcijańskiego ośrodka Baptystów.

Renesansowy zamek

Obiekt można zwiedzać tylko z zewnątrz oraz wchodząc na jego dziedziniec. A ten jest wyjątkowy! Nie na darmo zwą go śląskim Wawelem. Otoczony krużgankami z arkadami, jońskimi kolumnami oraz symetrycznymi schodami, nosi znamiona szkoły włoskiej i jest jednym z piękniejszych atrium jakie widzieliśmy. Przez kamienny most, pod którym kiedyś znajdowała się fosa wchodzimy na podwórko, które zdecydowanie przypomina o świetności zamieszkałych tu rodów. To tutaj na dziedzińcu odbywały się pokazy rycerskich walk obserwowane z krużganków przez szlachetne towarzystwo.

Życia niewarte życia

„24 lipca1824 roku urzędnicy królewscy dokonali finalizacji zakupu rezydencji od hrabiego von Nostitz. Po opróżnieniu zamkowych pomieszczeń z mebli, rozpoczęto usuwanie ozdobnych detali wystających ze ścian, ze względu na bezpieczeństwo pacjentów. Ponadto na wysokości pierwszego piętra zamurowano arkady galerii dziedzińca (dwie z trzech), a w wkrótce potem zasypano fosę oraz rozebrano renesansowe wykusze, znajdujące się od strony muru kurtynowego. Tak oto zamek Płakowice zmienił się w zakład dla obłąkanych.”

„Zamek Śmierci. Płakowice” Sz. Wrzesiński, P. Popławski

Ideą placówki było przede wszystkim odseparowanie od społeczeństwa pacjentów uznanych za chorych psychicznie, niepoczytalnych i „idiotów”. Kolejnym etapem było ich leczenie, choć w ówczesnych metodach trudno obecnie dopatrywać się szczególnej wartości. Izolatki, elektrowstrząsy czy stosowanie lodowatej wody miało przywracać pacjentów do „normalności”. Śmiertelność była duża, ale zakład miał renomę więc szybko rozbudowano go o dodatkowe obiekty. Ciężko jednak większość pacjentów nazwać „chętnymi” na leczenie – często znajdowali się tu bowiem wbrew swojej woli. Z czasem trafiały tu najcięższe przypadki, w tym przestępcy kryminalni, ale zakład rozwijał się na tyle prężnie, by w latach 30. XX w. modelowo zaimplementować prawo odnoszące się do kwestii niemieckiej higieny ras.

„Najczarniejszy okres historii niemieckiego zakładu leczniczego w Plagwitz to w istocie różnorodne formy udziału w szeroko zakrojonej eksterminacji osób psychicznie chorych i niepełnosprawnych. Począwszy od uśmiercania chorych żołnierzy wywożonych do innych ośrodków, zagładę w murach Zakładu, prawdopodobnie podawanie śmiertelnych zastrzyków, aż po eutanazję dzieci”.

„Zamek Śmierci. Płakowice” Sz. Wrzesiński, P. Popławski

W idealnym świecie czystej rasy mającej rządzić światem nie było miejsca na ułomność fizyczną i psychiczną, a za taką uważano również schizofrenię, czy nawet padaczkę. W Berlinie przy Tiergartenstraße 4 mieściło się biuro państwowej komisji odpowiedzialnej za program eutanazji osób upośledzonych (stąd skróty nazwy akcji: T4 lub E-Aktion). Szacuje się, że w ramach czystek zabito ponad 70 000 niemieckich obywateli w kilku ośrodkach zagłady! Tu w Płakowicach dokonywano selekcji, ale i wdrażano sam program. Część ofiar została pochowana na dawnym cmentarzu ewangelickim zarówno w indywidualnych grobach jak i w zbiorowych mogiłach. Obecnie na zapomnianej nekropolii pozostało już tylko kilkanaście płyt ze słabo czytelnymi nazwiskami jako przemijające świadectwo piekła na ziemi.

Mała Korea na Dolnym Śląsku

„Na razie był rok 1953. W ośrodku trwały porządki. Organizowano szpitalik za drogą i torami, odizolowany nawet od ośrodka. Mały na trzydzieści łóżek, przydatny w razie chorób zakaźnych. Do tego na miejscu za murem ośrodka, ambulatorium, gabinet dentystyczny, zabiegowy, izolatka przy każdym z trzynastu domów dziecka. Wszystko jak trzeba. Powinno wystarczyć. Dzieci ma przyjechać ponad tysiąc. Łóżek na wszelki wypadek naszykowali dwa tysiące. Część dla dzieci, cześć dla personelu. Medycznego i pedagogicznego. Do tego kucharki, sprzątaczki, praczki. Samych hydraulików i konserwatorów – szesnastu. Portierzy, ogrodnik, zaopatrzenie, kadry księgowość. W sumie prawie sześćset osób. Każdemu pokoik choćby.”

„Skrzydło anioła” J. Krysowata

W 1953 r. na stacji w Płakowicach, niedaleko Lwówka Śląskiego wysiadło z pociągu 1270 koreańskich sierot. Trafiły tu, do Państwowego Ośrodka Wychowawczego nr 2, w ramach socjalistycznej pomocy dla bratniego kraju ogarnięto okrutną wojną domową (wcześniej schronienie znaleźli tu greccy komuniści). Projekt utrzymywany w głębokiej tajemnicy, nadzorowany przez ambasady i ministerstwa, angażował do obsługi kilkuset cywilów. Jednak jak utrzymać w sekrecie setki dzieci o oryginalnej, wschodniej urodzie? Z czasem brały one udział w państwowych świętach, pokazując poparcie dla socjalistycznej wizji świata czy odwiedzały kino i księgarnie w Lwówku Śląskim stając się nieodłącznym elementem życia, tu na „ziemiach odzyskanych”. Były nawet na wycieczce we Wrocławiu. Nawiązywały się też znajomości i przyjaźnie, gdyż niejednych połączyła dalsza, lub bliższa więź. Czasami była ona zbyt bliska. Ale komunistyczna władza czuwała! Ludzie oskarżani, lub nawet podejrzewani o nawiązywanie zbyt poufałych stosunków szybko znikali, zastępowani przez ideowo poprawnych. Z wychowankami bowiem przybyli i koreańscy nauczyciele, czy raczej krzewiciele jedynej słusznej myśli i porządku. Młodzież miała tu przecież wyrastać w socjalistycznym duchu, aby powrócić i odbudować wielką ojczyznę!

To jakie wyzwania, jakie tragedie ludzkie, ale i radości rozgrywały się w tej specyficznej, zamkniętej społeczności możecie odkryć dzięki książce „Skrzydło Anioła” Jolanty Krysowatej. Jest to reportaż, który przybliży Wam historie kilku bohaterów – od dyrektora placówki, przez kucharkę, nauczycielki, aż po koreańskie dzieci z chorą na białaczkę Kim Ki Dok i leczącego ją lekarza, pioniera wrocławskiego krwiodawstwa, Tadeusza Partykę. To właśnie ta dziewczynka, jako jedyna nie powróciła do ojczystego kraju. Zmarła w 1955 r., a jej grób po dziś dzień znajduje się na osobowickim cmentarzu we Wrocławiu. Jest to relacja, która porusza. Niesamowita historia, o której nadal, niestety, słyszeli nieliczni. Znajdziemy w niej obraz życia w głębokiej komunie, postawę wychowywanej w reżimie młodzieży, miłość oraz śmierć, z którą ciężko się pogodzić. Gdy w 1959 r. dzieciom kazano powrócić do Korei Północnej wiele łez się polało. Przez jakiś czas jeszcze przychodziły listy, pisane w języku polskim do „mamy” i „taty”, nierzadko z prośbą o możliwość powrotu. Wkrótce jednak i one ustały odcięte cenzurą, a dalsze losy dzieci na zawsze pozostały nieznane. Poza jednym wyjątkiem. Po 44 latach Płakowice oficjalnie odwiedził koreański urzędnik, który kiedyś był wychowankiem placówki. Wszystko odbyło się bardzo uroczyście, ale można było zauważyć pewną sztywność Koreańczyków, gdyż każdy z nich mógł potencjalnie donieść na drugiego, jak było to wypraktykowane w socjalistycznych reżimach. Relację z tego wydarzenie możecie zobaczyć w filmie dokumentalnym TVP „Kim Ki Dok”. Jedyne co wiemy, gdyż można to właśnie było wyczytać z przychodzącej korespondencji, to że czas spędzony na dolnośląskiej ziemi był dla małych Koreańczyków swoistym rajem. Ze względu na międzynarodowy wymiar projektu wszystkiego mieli tu pod dostatkiem, a już na pewno troski i życzliwości, na które w ojczyźnie liczyć nie mogli nawet po powrocie.

Budynki, w których w owych czasach mieściło się 13 domów dla koreańskich dzieci, a wcześniej założony w 1824 r. Zakład Leczniczo-Pielęgnacyjny dla Umysłowo i Nerwowo Chorych to teraz Zespół Placówek Edukacyjno-Wychowawczych w Lwówku Śląskim. Wszystko wskazuje na to, że najmroczniejszy czas Płakowic przeminął za zawsze. Niestety historia pokazała wiele razy, że przyszłość jest nieprzewidywalna. Można mieć więc tylko nadzieję, że tak właśnie będzie.

Dodaj komentarz