Przez Niemcy szlakiem militariów

Każdy kraj na świecie posiada armię, która musi strzec jego granic, niektóre z państw jednak zbroją się nie do obrony ale do ataku. Dawny niemiecki imperializm, zwłaszcza okresu II wojny światowej, oraz związana z tym produkcja uzbrojenia służącego do zabijania milionów ludzi to czarne karty historii świata i dość kontrowersyjny temat. Miłośnicy militariów potrafią jednak w pewien sposób oddzielić swoją fascynację rozwiązaniami technicznymi od celu w jakim one powstawały, choć nie jest to oczywiście w stu procentach możliwe i zawsze z tyłu głowy kołacze się myśl o zadawanej przez nie śmierci.

Laboe: „wół roboczy” Kriegsmarine

Jeżeli ktoś czytał „Żelazne trumny” Herberta Wernera czy „Okręt”, którego autorem jest Lothar-Günther Buchheim, oraz oglądał ekranizację tej książki Wolfganga Petersena z świetnym Jurgenem Prochnowem w roli kapitana U-96 to poniższa lokalizacja musi być (a pewnie i jest!) na liście miejsc koniecznych do odwiedzenia. W końcu to tutaj możemy zobaczyć z każdej możliwej strony kompletny unterseeboot (u-boot) z czasów II wojny światowej. Na całym globie są zachowane tylko cztery (!) egzemplarze w takim stanie oraz jeden podniesiony z dna wiele lat po wojnie i prezentowany w zardzewiałych częściach. Inne okręty możemy jeszcze zobaczyć: jeden także w Niemczech (o nim za chwilę), jeden w USA oraz jeden w Finlandii. Gdzie podziała się reszta? Większość leży na dnie z powodu działań wojennych, a to co nie padło ofiarą aliantów zatopiono podczas operacji „Deadlight”.

Winston Churchill po wojnie powiedział, że jedyne czego się obawiał to panowanie u-bootów na morzach i oceanach. Tą właśnie drogą dostawały się z USA do Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego liczne konwoje z uzbrojeniem, ale i transporty żołnierzy. Walka okrętów nawodnych aliantów z niemieckimi jednostkami podwodnymi była bez wątpienia jedną z najbardziej długotrwałych, ale i kluczowych bitew II wojny światowej, a swój niemały wkład mieli w nią Polacy. To właśnie Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski jeszcze przed rozpoczęciem konfliktu rozpracowali maszynę szyfrującą Enigma, używaną przez załogi u-bootów do odbierania rozkazów, nadawania meldunków czy raportów i podawania swojej pozycji. Choć Niemcy później wprowadzili w niej szereg modyfikacji i jeszcze bardziej skomplikowali kodowanie nadawanych za jej pomocą wiadomości i rozkazów, to podwaliny pod jej pokonanie świat zawdzięcza trzem naszym rodakom.

U-995 znajdujący się na brzegu w Laboe to typowy „wół roboczy” Kriegsmarine, jeden z wyprodukowanych w największej liczbie okrętów podwodnych typu VII (693 sztuki). Uzbrojony był w 14 torped, które można było wystrzelić z czterech wyrzutni na dziobie i jednej na rufie oraz w działo pokładowe 8,8cm. Do obrony przed samolotami zamontowano podwójnie sprzężone działko 20mm. Ten konkretny egzemplarz został przekazany do służby 16 sierpnia 1943 roku i pływał po Morzu Północnym. W sumie odbył 9 patroli bojowych, podczas których zatopił trzy jednostki wroga. Po wojnie przejęty przez Norwegię i po przystosowaniu od 1951 roku używany przez ich marynarkę wojenną. Po zakończeniu służby na skandynawskich akwenach wrócił do Niemiec, by w stoczni w Kiel (która była jedną z baz U-bootów) przejść remont i odzyskać wygląd z czasów wojny. W 1972 został otwarty do zwiedzania jako muzealny eksponat.

Ktoś, kto nigdy wcześniej nie widział takiego okrętu, a będzie zwiedzał wnętrze będzie zaskoczony, a może lepiej powiedzieć przytłoczony ilością: pokręteł, zaworów, kraników, rur i rurek, wskaźników czy przycisków. Teraz wnętrze jest czyste i dostosowane dla turystów (np. podłoga z płyt ryflowanych), ale podczas wojny we wnętrzu żyło (patrole mogły trwać po kilka miesięcy!) i służyło nawet do 52 marynarzy. Dodajmy do tego ogólną ciasnotę wnętrza (64,5m długości oraz 5,8m szerokości zewnętrznej okrętu), zapach smarów i płynów potrzebnych do pracy urządzeń, psującego się z czasem jedzenia, hałas pracujących silników spalinowych (w późniejszym etapie wojny mogły działać nawet pod wodą dzięki tzw. chrapom), oraz oczywiście ogólny zaduch i smród niemytych ciał. Do dyspozycji była tylko jedna toaleta (okręt co prawda był wyposażony w dwie, ale ta druga była najczęściej wykorzystywana jako magazyn). Brzmi mało luksusowo jak na elitę, za którą uchodzili podwodniacy? To dodajmy jeszcze, że miejsc do spania było mniej niż ludzi. Działał system tzw. gorących koi – gdy marynarz będący na wachcie wracał na odpoczynek kładł się w miejsce kolegi, który właśnie rozpoczynał służbę. Im patrol dłuższy tym więcej miejsca robiło się w okręcie z powodu ubywania zapasów oraz oczywiście torped.

Przy okazji torped, to zanim ich użyto życie na okręcie to w większości czasu ogólna nuda, nasłuch radiowy, poszukiwanie statków na wodzie i zagrożenia na niebie. Gdy już znajdzie się cel, można go zaatakować samemu lub za pomocą tzw. wilczych stad (gdy okrętów jest kilka). W przypadku torpedowania konwojów koniec ataku zazwyczaj jest podobny – ucieczka w głębiny i cisza na okręcie. Ten moment najbardziej działał na psychikę załogi, gdyż tak naprawdę niewiele można było zrobić poza czekaniem lub ewentualnie ryzykowaniem powolnymi manewrami. Dźwięk odkształcającej się pod wpływem rosnącego ciśnienia wody metalowej konstrukcji okrętu, „pingi” asdika, szum śrub przepływającego nad głową niszczyciela, odgłos wrzucanych przez niego bomb głębinowych, czy w końcu ich wybuchy powodowały, że ludzie czasami nie wytrzymywali tego psychicznie i porzucali swoje stanowiska. Oczywiście takie zachowania nie były nagminne, ale jednak miały miejsce.

W bezdusznych statystykach często podaje się jaka była „przeżywalność” poszczególnych rodzajów sił zbrojnych. Tutaj podwodniacy z Kriegsmarine byli w pewien sposób „liderami”, ale niestety nie był to dla nich powód do radości. Według wielu historyków z wojny do domu nie wróciło nawet 75% z nich! Nazywanie u-bootów „żelaznymi trumnami” nie wzięło się więc znikąd.

Laboe: dla tych co spoczywają w głębinach

U-995 stoi na wybrzeżu u stóp górującego nad okolicą Pomnika Marynarki Wojennej. Wzniesiony w 1936 r. pierwotnie poświęcony był niemieckim żołnierzom poległym w walkach morskich I wojny światowej. Od 1954 r., z wiadomych przyczyn, upamiętnia poległych marynarzy wszystkich narodowości. W środku znajduje się muzeum z eksponatami odnoszącymi się do marynarki wojennej oraz historyczne pamiątki. Windą można wjechać na taras 72 metrowej wieży skąd roztacza się imponująca panorama również na wspomniany okręt.

Bremerhaven: untersee wunderwaffe

W niemieckiej Kriegsmarine okręt ten nosił oznaczenie U-2540 i był wtedy bez wątpienia jedną z nazistowskich cudownych broni. To właśnie jednostki typu XXI były uznawane za pierwsze prawdziwie podwodne okręty, gdyż mogły praktycznie cały czas znajdować się w zanurzeniu. Znacznie wzrosła także ich prędkość podwodna oraz zasięg w porównaniu z poprzednimi typami VII czy IX. Tych rewolucyjnych okrętów, którym alianci nie mogli przeciwstawić nic równorzędnego, powstało na szczęści zbyt mało, aby mieć wpływ na wynik wojny. Tym bardziej, że na tym etapie konfliktu już nic nie mogło powstrzymać upadku III Rzeszy.

U-booty takie dzięki temu, że wytwarzały mniej hałasu, mogły jeszcze bardziej skrycie atakować wrogie jednostki. Dla załogi natomiast równie ważne było bardziej przestronne wnętrze (typ XXI mierzył 76,7m długości i 7,6m szerokości), lodówka na żywność czy prysznic, dzięki którym służba mogła być choć trochę mniej uciążliwa. Okręt uzbrojony był w aż 23 torpedy, ale posiadał tylko wyrzutnie dziobowe. Ze względu na zmianę koncepcji zastosowania jednostek podwodnych zrezygnowano z działa pokładowego, co pozwoliło także na zmniejszenie oporu wody. Do obrony przed samolotami pozostawiono jednak działka 20mm (dwa podwójnie sprzężone w dwóch wieżach).

Ciekawa jest sama historia tego okrętu. Przekazany do służby 24 lutego 1945 roku zdążył odbyć tylko jeden ćwiczebny patrol, po czym został zatopiony przez swoją załogę na cztery dni przed zakończeniem wojny aby nie wpadł w ręce aliantów. Przez dwanaście lat przeleżał na dnie zatoki koło Flensburga, aż zdecydowano się go podnieść i wyremontować w celu zastosowania jako okręt doświadczalny. Pod nazwą „Wilhelm Bauer” znów stał się jednostką niemieckiej marynarki! Testowano na nim różne rozwiązania techniczne dla nowych jednostek. Pokazuje to jakimi nowoczesnymi okrętami były w swoim czasie u-booty typu XXI.

Ostatecznie został wycofany ze służby dopiero w roku 1982. Przeszedł remont i dwa lata później stał się muzeum, ale w przeciwieństwie do wspomnianego wcześniej okrętu typu VII wciąż kołyszą go fale.

Brema: betonowy kolosValentin”

Długi na prawie pół kilometra (426m), szeroki na 97 i wysoki na 27 metrów schron mający służyć budowie niemieckich U-bootów zaczął powstawać w 1943 r. z powodu aliantów regularnie dokonujących bombardowań obiektów przemysłowych. Choć nigdy go nie ukończono statystyki mówią o 1600 istnień ludzkich, które poniosły śmierć w wyniku katorżniczych robót. Więźniowie obozów pracy i koncentracyjnych, jeńcy wojenni ale i cywile wznosili największy w Niemczech schron (drugi co do wielkości nadziemny w Europie), pracując w warunkach które bez wątpienia można nazwać nieludzkimi.

We wnętrzu obiektu miała znajdować się kompletna linia montażowa okrętów podwodnych, które na końcowym etapie mogły zostać zwodowane do specjalnie do tego stworzonej zatoki na rzece Wezera. W marcu 1945 roku w schron uderzyła jedna ze specjalnych alianckich bomb służących do niszczenia takich obiektów. Wkrótce potem wstrzymano budowę, a produkcja u-bootów nigdy się nie rozpoczęła. Po wojnie obiekt służył jako cel ćwiczebnych ataków bombowych, a także jako magazyn niemieckiego wojska.

Od 2011 r. jest to miejsce pamięci, które imponując swoim rozmachem służy jako przykład ludzkich możliwości, ale także nieludzkiego okrucieństwa. Wokół budowli stworzono tematyczną ścieżkę, we wnętrzu można oglądać eksponaty czy wystawy, choć zdecydowanie nie wykorzystano potencjału jaki drzemie w tym miejscu. Większość schronu jest niestety niedostępna.

Munster: tony stali na gąsienicach

Jeżeli ktoś w latach młodości z wypiekami na twarzy śledził losy czterech pancernych oraz ich psa Szarika i bez problemu rozpoznaje pojazdy pancerne po chrzęście ich gąsienic, to Deutsches Panzermuseum będzie dla niego rajem. Do pełni szczęścia brakuje tylko możliwości przejechania się jednym z eksponatów.

Muzeum przedstawia rozwój broni pancernej od samego jej początku (pierwsze konstrukcje wyjechały na pole bitwy już podczas I wojny światowej) aż do czasów prawie współczesnych. Można tutaj znaleźć stalowe kolosy z różnych krajów, ale oczywiście najwięcej jest tych niemieckich. W końcu to właśnie ten kraj w czasach II wojny światowej brylował w rozwoju tego typu pojazdów.

Chcecie zobaczyć słynną Panterę? Legendarnego Tygrysa? Lubcie „malutkie” niszczyciele Hetzer? Tutaj macie to wszystko i wiele więcej. Znalazł się także poczciwy „teciak”, czyli radziecki T-34 jakim przemieszczali się serialowi czterej pancerni. Kilka hal pełnych eksponatów pozwoli spędzić nawet kilka godzin na zwiedzaniu.

Placówka jako muzeum otwarte w 1983 roku wcześniej służyła szkoleniu kadetów pobliskiej szkoły wojsk pancernych. Kolekcja liczy sobie około 150 różnych pojazdów rozmieszczonych na powierzchni 7500 metrów kwadratowych, ale można tutaj zobaczyć także mundury czy odznaczenia.

Niemcy jako kierunek dla chętnych do zapoznania się lub poszczerzenia swojej wiedzy na temat uzbrojenia jest jak najbardziej właściwy. W końcu w najbardziej mrocznym okresie światowej hekatomby to właśnie oni byli liderami w wielu kierunkach rozwoju „maszyn śmierci”. Okręty podwodnie, czołgi, schrony i samoloty udostępniane są turystom jako pamiątka myśli i postępu technologicznego, ale i jasne przesłanie oraz ostrzeżenie przed mocą i destrukcyjną siłą zbrojnych konfliktów. Szkoda tylko, że na świecie (i o dziwo także w Europie!) pokutuje opinia iż wojnę wywołali naziści (zna ktoś taką narodowość?), a nie Niemcy, obywatele III Rzeszy. To już jednak temat na zupełnie inną opowieść.

Dodaj komentarz