W powojennym, teraz polskim już Goszczu (noszącym wcześniej niemiecką nazwę Goschütz), mieszkańcy szykowali się do świąt Bożego Narodzenia. Mroźna zima ku uciesze okolicznych dzieci pokryła staw grubą warstwą lodu. Śnieg skrzypiał pod nogami latorośli gdy po raz kolejny biegły w kierunku niepilnowanego pałacu, stanowiącego jedno z miejsc spędzania przez nich wolnego czasu.
Rezydencję w roku 1945, jeszcze przed zakończeniem II wojny światowej, z uzasadnionego strachu przed nadciągającą ze wschodu czerwoną zarazą opuścił wraz z rodziną jej ostatni właściciel – Heinrich Raphael Graf von Reichenbach-Goschütz. Swoją wspaniałą siedzibę zostawił w stanie nienaruszonym zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Zanim wyruszył w podróż w głąb Niemiec zwrócił się jeszcze do tych ze swojej służby, którzy postanowili pozostać na miejscu. Poprosił aby ze względu na swoje bezpieczeństwo nie bronili za wszelką cenę pałacu przed ewentualną grabieżą. Żołnierze czerwonej gwiazdy, co zaskakujące biorąc pod uwagę losy innych siedzib bogatych rodów, oszczędzili budynek – nie został on ani doszczętnie zdemolowany i rozgrabiony, ani nie padł ofiarą płomieni.
Dzięki temu ponad dwa lata później po raz pierwszy w swojej historii miał gościć w swoich wnętrzach polskich mieszkańców Goszcza na tradycyjnych jasełkach. Zanim to jednak nastąpi dzieci jak wiele razy wcześniej wykorzystywały jego wciąż cieszące oko bogactwem pomieszczenia jako duży plac zabaw. Spora część wspaniałych mebli wciąż stała na swoich miejscach, udekorowane stiukami ściany ciągle upiększały obrazy, ze zdobionych sufitów zwisały imponujące żyrandole. Pałac stanowił dla najmłodszych również źródło zaskakujących dorosłego człowieka przedmiotów do zabawy. Któż bowiem drzwi zdjęte z zawiasów potraktowałby jako tratwę na pałacowym stawie?
Niedzielne przedstawienie jasełkowe, które ogrzewane było ogniem rozpalonym w pałacowych kominkach, składało się także ze świątecznych wierszy deklamowanych przez dzieci. Choć czasy były trudne i brakowało wielu artykułów potrzebnych do życia, to w nagrodę za ich trud udało się przygotować bożonarodzeniowe paczki wzbogacone łakociami. Zapowiadał się więc słodki sen, a ludzie rozeszli się do domów w wesołych, świątecznych nastrojach.
Morfeusz nie był jednak tym razem łaskawy i mieszkańcy Goszcza nie mogli cieszyć się spokojną nocą. Zanim zaświtało zostali zerwani na nogi pożarem odbijającym się wielką, widoczną z dala łuną na niebie. Tego dnia o godzinie czwartej rano do ochotniczej straży pożarnej w Twardogórze wpłynęła informacja o palącym się pałacu. W akcji gaśniczej brali udział także strażacy z Goszcza, Sycowa, Kuźnicy Cieszyńskiej, Ostrowa Wielkopolskiego, Wrocławia i Kalisza. Mieszkańcy wynosili z rezydencji co cenniejsze przedmioty możliwe do uratowania. Ogrom katastrofy przerósł jednak możliwości ludzi z nią walczących. Dogaszanie i dyżury przy pogorzelisku trwały jeszcze przez dziesięć dni.
W swojej historii pałac dwukrotnie niczym feniks z popiołu wstawał z ruin po niszczącym działaniu ognia. Jednak trzecia pożoga ostatecznie go pokonała i już nigdy nie zachwyci ludzi swoim pięknem w pełnej okazałości. Niektórzy wiekowi mieszkańcy Goszcza twierdzą, że to właśnie niedogaszone kominki rozpalone na przedstawienie jasełkowe przywołały niszczycielski żywioł.
Był dwudziesty drugi dzień grudnia 1947 roku.
Dzieje pałacu
Wspólna historia rodu von Reichenbach i Goszcza rozpoczyna się w roku 1727 gdy Heinrich Leopold von Reichenbach zostaje właścicielem całej miejscowości. Ten doradca króla Prus i prezydent Prowincji Śląskiej już trzy lata później rozpoczyna tu budowę pałacu, która trwa dziesięć lat. Cztery lata po powstaniu pałacu zakłada w Goszczu wolne państwo stanowe. Daje to miastu specjalne przywileje, a jego właściciele podlegają bezpośrednio cesarzowi, a nie lokalnym przedstawicielom władzy. Tutaj warto nadmienić, że hrabia Henryk był trzykrotnie żonaty, a z tych związków miał aż 21 potomków, którzy zadbali o przetrwanie rodu do czasów współczesnych.








Szczęście przestało dopisywać von Reichenbachom już w roku 1749. Podczas gdy oboje udali się do kościoła (co ciekawe Heinrich Leopold do pałacowego, a jego żona do jednego z wrocławskich) wybuchł pierwszy w historii rezydencji pożar. Jak się okazało całkowicie strawił on nie tylko sam obiekt, ale także i okoliczne budynki.








Rok później postanowiono o budowie nowego pałacu. Tym razem powstaje on w czasie o połowę krótszym i w roku 1755 von Reichenbachowie mogą wprowadzić się do nowej siedziby. Szczęście trwa jednak niespełna dwadzieścia lat, bo właśnie po takim czasi po raz drugi trawi go żywioł ognia. Jest on jednak tym razem mniej chciwy i obiekt ulega spaleniu tylko częściowo.






Choć kolejna odbudowa kończy się w roku 1780, to sześć lat później następny właściciel z rodu – Heinrich Raphael postanawia zmodernizować zarówno wnętrze rezydencji jak i jego elementy zewnętrzne. Zmianie ulega m.in podjazd, który zyskuje efektowny portyk, dach, skrzydła pałacu, powstaje loggia z widokiem na staw i park.





Na początku wieku XIX powstaje czworoboczny pawilon parkowy, wniesiony w konwencji romantycznej architektury ogrodowej. Zostaje on później przebudowany w stylu antycznej świątyni z czterema kolumnami zdobiącymi front budowli. Zaokrąglone wnętrze uświetniały posągi bóstw umieszczone w czterech niszach. Obiekt przetrwał do czasów dzisiejszych w postaci szczątkowych fragmentów ścian. Co ciekawe dwie z kolumn zostały wtórnie wykorzystane przy budowie balkonu sali kinowo-teatralnej, która powstała w zabudowaniach pałacowych w latach pięćdziesiątych XX wieku.
Niedługo przed drugą wojną światową siedziba von Reichenbachów otrzymuje kanalizację i centralne ogrzewanie, renowację przechodzą wewnętrzne stiuki oraz rzeźby.








W latach swojej świetności pałac cieszył oko bogatą rokokową ornamentyką fasady. Piękny ryzalit środkowy z attyką, rzeźbioną balustradą, licznymi zdobieniami i kartuszem herbowym wieńczyły posągi reprezentujące cztery pory roku. Właśnie owe personifikacje po zakończeniu II wojny światowej upatrzyli sobie jako cel do strzelań żołnierze armii czerwonej, czego rezultatem jest brak głów wszystkich postaci znajdujących się na elewacji pałacowej.




We wnętrzach podziwiać można było wspaniałą, reprezentacyjną salę balową czy zbrojownię obitą drewnianym wykończeniem. Wielkie lustra (z oszczędności jednak złożone z mniejszych elementów) ozdabiały ściany, które z kolei pyszniły się dodatkowo pięknymi zdobieniami i obrazami, stropy uginały się od stiuków, podłogi dekorowały drewniane parkiety i zdobione ceramiczne płytki, które jeszcze w kilku miejscach można obecnie zobaczyć. Nie mniej imponująco prezentowała się stolarka drzwiowa.








Zabudowania wokół pałacu
Rezydencja von Reichenbachów posiadała również piękną, reprezentacyjną oranżerię, przez którą można było bez ryzyka zmoczenia przez ewentualny deszcz dostać się do pałacowego kościoła. Wiekowi mieszkańcy wspominają, że jako dzieci również i tam bawili się wśród roślinności otoczeni kolorowymi motylami. Budynek dotrwał w stanie ruiny, ale będącej jeszcze świadectwem dawnej świetności do roku 1966, kiedy to postanowiono go rozebrać. Dzisiaj widoczna jest jedynie linia fundamentów jednej ze ścian, a świadectwem istnienia obiektu pozostaje posąg Herkulesa, który kiedyś upiększał wnętrze oranżerii, a teraz zdobi jeden ze skwerów niedalekiej Twardogóry. Krążą miejskie legendy, że stało się to w wyniku uczniowskiego żartu mieszkańców lokalnego internatu, którzy zorganizowali posągowi przejażdżkę z Goszcza traktorem do sąsiedniego miasta.








Całość założenia wraz z pałacem tworzy rodzaj podkowy z osobnym budynkiem bramnym zwieńczonym wieżą z zegarem. Po środku znajduje się dziedziniec o reprezentacyjnym charakterze. W skład pozostałych obiektów wielkiego założenia wchodziły także: domy służby i ogrodnika, oficyny mieszkalne, dom gościnny oraz stajnia z maneżem (obecnie przekształconym na wspomnianą salę kinowo-teatralną).
Kościół pałacowy
W roku 1743 król Prus Fryderyk Wielki wydał zezwolenie na budowę kościoła w Goszczu. Jako fundator przedsięwzięcia wskazany został właściciel miejscowości Heinrich Leopold von Reichenbach. Protestancka świątynia przez brak funduszy powstawała przez dłuższy czas, a o finansową pomoc w budowie poproszono nawet samego króla. Finalnie budowę zakończono w roku 1749, czyli akurat wtedy gdy wybuchł pierwszy pożar pałacu. Kościół jednak nie ucierpiał mimo, że był połączony z rezydencją przez budowaną równocześnie z nim oranżerię.
Oprócz miejsca kultu pełnił także rolę mauzoleum rodzinnego, w którym spoczął w roku 1775 m.in. Heinrich Leopold, budowniczy wielkości rodu Reichenbach-Goschütz. Niestety zarówno jego sarkofag jak i innych pochowanych w świątyni zostały po II wojnie światowej sprofanowane i splądrowane, a ludzkie szczątki przez dłuższy czas poniewierały się po wnętrzu obiektu.
Obecnie kościół, w którym wymieniono dach, pełni rolę miejsca wydarzeń kulturalnych i koncertów.








Miejsce wiecznego spoczynku
Pod koniec XIX wieku na cmentarzu ewangelickim wzniesiono proste w formie mauzoleum rodowe w stylu neoklasycystycznym na rzucie kwadratu z niewielką kryptą pod posadzką. Nad portalem wejściowym umieszczono kartusz herbowy. Po śmierci trzech członków rodu podczas pierwszej wojny światowej pochowano ich przed mauzoleum u podnóża niewielkiego pomnika. Z jednej jego strony umieszczono girlandę z liści dębu (symbol męstwa i odwagi), krzyż żelazny oraz cytat z Nowego Testamentu: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem”, a z drugiej motto „Zawsze niezachwiana wiara” oraz epitafium:
Wierny
To motto ich rodziny
Złożyli dla króla i ojczyzny
Swoje życie w wojnie światowej
Trzej bracia
Hrabiowie Reichenbach
Z domu Goszcz
Po roku 1945, jak miało to miejsce niestety w wielu przypadkach na „ziemiach odzyskanych”, zdewastowano zarówno okoliczny niemiecki cmentarz jak i samo mauzoleum. Zapewne w akcie zemsty za wyrządzone wojenne krzywdy, także aby ukryć działanie hien cmentarnych oraz ze zwykłej ludzkiej głupoty. Po latach szczątki przodków rodu uporządkowano i zebrano z uwzględnieniem również tych sprofanowanych w kościele pałacowym i ponownie umieszczono wewnątrz mauzoleum, które pozostaje na stałe (oby!) zamurowane.








Życie po życiu
Przez wiele lat po trzecim pożarze obiekt niszczał, choć przez chwilę była szansa na jego odbudowę jako ośrodka leczniczo-wypoczynkowego, plany te jednak zarzucono. Dopiero w latach 2022-2023 wykonano prace zapewniające prezentowanie pałacu jako trwałej ruiny, zabezpieczając go tym samym przed postępującą degradacją i ostatecznym upadkiem. Posprzątano wnętrze wywożąc tony gruzów, które zalegały w nim do wysokości prawie dwóch metrów. Wykonano schody i tarasy dostosowując go do zwiedzania (i podziwiania) przez turystów.
Mimo, że w trakcie pożaru cześć wyposażenia została wyniesiona z pałacu, to do dzisiaj nie wiadomo jakie były ich losy. Zapewne sporo skończyło w piecach jako opał a jakaś ilość została sprzedana, czasy w końcu były ciężkie. Kolejna część możliwe, że wciąż znajduje się w rękach lokalnych mieszkańców. Obecnie są to w znacznej części potomkowie świadków pożaru, może więc nawet o tym nie wiedzą. Ci natomiast co wiedzą zapewne po prostu milczą. Może kiedyś będzie można zobaczyć jeszcze pałacowe meble, obrazy czy stołową zastawę. Może kiedyś przygotowana w dawnych oficynach sala wystawiennicza przyjmie pod swój dach taką ekspozycję. Może kiedyś…
Źródła:
- HistoryStory Łukasz Kazek – „Dzień Pierwszy Dzień Ostatni – dokument. Lato 1945 roku „dziki zachód” Dolny Śląsk Pałac w Goszczu„
- Hi!History Joanna Lamparska – „Po wojnie było tu pełno skarbów. Pojawiła się 'państwowa instytucja’ i zaczął się pożar”
- www.zabytek.net
- www.palacgoszcz.twardogora.pl
