Młody żołnierz, o którym koledzy mogliby powiedzieć, że ma jeszcze mleko pod nosem, wyszedł z baraku i ruszył w kierunku swojej maszyny. Jego dzisiejsze zadanie było proste i w zasadzie pozbawione ryzyka. O ile oczywiście można tak powiedzieć o rzucaniu wyzwania żywiołowi powietrza podczas gdy linia frontu była bardzo blisko. Od jego urodzin w Babenhausen koło Ulm minęło niespełna dwadzieścia wiosen, a już nosił „gapę” ze swastyką na mundurze i spełniał swoje marzenia o lataniu. Nie wiadomo czy śnił o beztroskim unoszeniu się w chmurach czy raczej o zostaniu asem ze sporą liczbą zestrzeleń na koncie. Wiadomo jednak, że dostał przydział do jednostki rozpoznawczej.
Gdy zbliżał się już do samolotu z wymalowanymi czarnymi krzyżami, założył pilotkę a następnie obszedł maszynę sprawdzając ewentualne usterki możliwe do zauważenia gołym okiem. Zamienił również tradycyjnie kilka zdań z mechanikiem odpowiedzialnym za ten konkretny egzemplarz „Gustava”. Wspiął się na skrzydło i wskoczył do kabiny. Samolot którym dzisiaj miał lecieć opuścił właśnie warsztat naprawczy, więc przed lotem należało go sprawdzić szczególnie dokładnie. Wychylając w każdą stronę drążek sterowy i naciskając pedały orczyka zweryfikował działanie lotek oraz steru kierunku i wysokości. Wszystko wydawało się w porządku, więc zgodnie z wyćwiczoną procedurą przestawił po kolei przełączniki na tablicy przyrządów by na końcu uruchomić silnik. Zawsze lubił ten moment, gdy wielki, nieruchomy kawał metalu stawał się żyjącym mechanizmem, który zaraz wzniesie się w powietrze. Czekał chwilę aż silnik się rozgrzeje i gdy był już zadowolony z dźwięku jaki wytwarzał dwunastocylindrowy widlasty Daimler-Benz DB 605 zwiększył obroty i zaczął powoli kołować.
Robił to jak zwykle ostrożnie, pamiętając, że jedną z wad stodziewiątki było podwozie. Nieduży rozstaw kół powodował mało zgrabne poruszanie się po ziemi. Było to odczuwalne zwłaszcza na lotniskach z trawiastą nawierzchnią takich jak to koło miejscowości Komturhof. Gdy dotarł na początek pasa startowego, poczekał na zgodę od kontroli lotów i pchnął dźwignię przepustnicy zdecydowanie do przodu. Silnik ryknął głośniej i Messerschmitt Bf 109 G-6 (G jak Gustav) zaczął szybko nabierać prędkości. Po kilkunastu sekundach samolot posłusznie wzbił się w powietrze w reakcji na delikatnie ściągnięcie drążka. Pilot schował klapy i podwozie, a następnie obrał kurs w kierunku miejscowości Karlsberg by wkrótce zniknąć z oczu odprowadzającemu go wzrokiem mechanikowi.
Później tego samego dnia w pobliskim pałacu Niederschwedeldorf rozległ się dźwięk telefonu. Siedzący przy biurku oficer Luftwaffe odebrał go niemal natychmiast, jakby chcąc jak najszybciej uciszyć drażniący ucho dźwięk. Nerwowy głos przekazał mu informację, której na pewno nie chciał usłyszeć, a już na pewno nie wtedy gdy wojna była dawno przegrania i widać było jej rychły koniec. Dziewiętnastoletni chorąży Orlando Chittaro nie wrócił do bazy ze swojego lotu.
Był dwudziesty czwarty dzień marca 1945 roku.




Historia pałacu w Szalejowie Dolnym (niem. Niederschwedeldorf)
Miejscowość znalazła się rękach rodu Münchhausen gdy w 1815 roku zmarł bezdzietnie jej poprzedni właściciel hrabia Friedrich Wilhelm von Reden. Majątek przeszedł w ręce jego siostry Wilhelminy, która była żoną barona Ottona Friedricha Juliusa von Münchhausen. Pałac wybudował jednak dopiero ich syn Ernst Adolf Otto w roku 1844.
Powstała wtedy tylko główna część pałacu, dalsza rozbudowa to już dzieło jego syna Hilmara, który w roku 1870 doprowadził rezydencję prawie do obecnej formy. Głównymi elementami jakie wtedy powstały to reprezentacyjne, portalowe wejście z balkonem oraz wschodnie skrzydło. Ostateczny kształt obiekt zyskał po wymuszonym pożarem remoncie z 1920 roku.









Tradycyjnie dla tego typu obiektów nad wejściem, ale tym razem od strony ogrodu, został umieszczony herb rodowy, czyli postać mnich na tarczy. Nad nim znalazła się korona informująca swoim typem i kształtem, że członkowie rodu mogą używać tytułu barona.
Rodzina von Münchhausen, jak na arystokrację przystało, kolekcjonowała również dzieła sztuki. Między innymi z tego powodu dokonano też zmian we wnętrach pałacowych. Podobno znajdował się tu nawet zbiór osobliwości.




W jednym z witraży znajdują się aż trzy herby. Najwyżej umieszczony jest oczywiście należący do rodu von Münchhausen. Dlaczego znajdują się tu pozostałe dwa? Ten z lewej to herb von Reden, czyli rodziny, do której należała wspomniana już matka budowniczego pałacu. Ostatni należy do rodu von Löbbecke, z którego to wywodziła się synowa Ernesta czyli żona Hilmara.








Pałac mieścił m.in. bibliotekę, pokój myśliwski, archiwum rodzinnych dokumentów, zbrojownię oraz imponującą do dzisiaj drewnianym wykończeniem salę jadalną. Nie stał on oczywiście jako samotna budowla. Tuż obok znajduje się oficyna a poniżej obiektu staw z nieistniejącą już przystanią. Założono również ogrody i park, w którym znajdowała się altana oraz szklarnia, a do całości dóbr należały też m.in. tartak oraz folwark.
Rezydencja pozostała w rodowych rękach aż do zakończenia II wojny światowej, podczas której część pomieszczeń przeznaczono dla komendantury pobliskiego lotniska Luftwaffe w Kościelnikach (niem. Komturhof).






Po roku 1945 zarządzany był przez polskie wojsko, następnie był ośrodkiem szkoleniowo-wypoczynkowym, znajdował się w rękach Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, by po latach zapewne niekontrolowanych remontów, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych zostać zakupionym przez prywatnego właściciela (a właściwie spółkę). To ostatnie przejęcie również nie wyszło obiektowi na dobre, gdyż w owym czasie została skradziona część pozostałego jeszcze wyposażenia. Już w XXI wieku pałac został sądownie ponownie przejęty przez państwo z powodu upadku wspomnianej spółki i czeka na nowego właściciela, który da mu nowe życie, na które zdecydowanie zasługuje.
Jeżeli ktoś zastanawia się czy rezydencja ma coś wspólnego ze słynnym „szalonym baronem”, który to nota bene był autentyczną postacią (tylko jego przygody opisane w książce „Przygody barona Münchhausena” są fikcyjne lub mocno podkolorowane) to… niestety niewiele. Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen należał po prostu do tego samego rodu.
Cmentarz rodziny von Münchhausen
Na wzniesieniu powyżej pałacu znajduje się miejsce pochówku pięciu członków rodziny: budowniczego pałacu Ernsta, jego syna Hilmara z żoną Louise, ich syna również Hilmara oraz jeszcze jednej osoby, której płyta nagrobna została zniszczona. Układ mogił sugeruje jednak, że spoczywać może tu więcej osób.




Pomnik poległych w wielkiej wojnie
Tuż obok miejscowego kościoła znajduje się pomnik mieszkańców okolic poległych w I wojnie światowej. Ma on mniej typową formę niż tradycyjnie stawiane obeliski czy głazy z wyrytym krzyżem żelaznym. Tutaj zdecydowano się na postać anioła w zbroi i z mieczem, czyli Archanioła Michała. Taki sposób oddania hołdu na pewno bardziej wryje się w pamięć.



Co ciekawe sam pomnik poświęcony po raz pierwszy w roku 1929, stanął pierwotnie po drugiej stronie kościoła, by na początku XXI wieku zostać przeniesionym i ponownie poświęconym w roku 2003.
Archeologia lotnicza A.D. 2003
Po grząskich gruntach Parku Narodowego Gór Stołowych podskakując na wybojach przemieszczał się zdemobilizowany amerykański hummer, o którym krążyły plotki, że pamięta operację Pustynna Burza. Był październik, więc samochód ślizgał się i walczył o przyczepność, ale nie dawał za wygraną ani on ani siedzący za kierownicą mężczyzna. Grupa osób zamknięta w kabinie miała na dzisiaj ambitny i co najważniejsze nieodwołalny plan wydrzeć z ziemi wszystko to, co się w niej znalazło dwudziestego czwartego dnia marca 1945 roku.
Wkrótce dodarli na miejsce, o którym poinformował ich telefonicznie oraz listownie jego odkrywca. A tak naprawdę nie odkrywca, a osoba posiadające wiedzę o tej lokalizacji, gdyż w miejsce to jako pierwszy trafił jego wuj. Zaczęli wyładowywać sprzęt, w tym samodzielnie stworzone urządzenie umożliwiające im za pomocą łańcuchów podniesienie co większych elementów z wykopu. Zgodnie z ustaleniami władz parku kopać mogli tylko ręcznie, więc zapowiadał się znój, pot i łzy. Mieli tylko nadzieje, że będą to łzy zwycięstwa. Wraz z powiększającą się dziurą w ziemi zaczęły pojawiać się kolejne części skomplikowanego niegdyś mechanizmu. Po dokopaniu się na głębokość prawie 4 metrów dał się wyczuć zapach paliwa, a z ziemi zaczął wyłaniać się silnik. Na twarzach mężczyzn pojawił się uśmiech i uczucie ulgi. Mieli to! Udało się później ustalić, że to dwunastocylindrowy widlasty Daimler-Benz DB 605. Ponieważ był tylko jeden silnik, a wydobyty wcześniej wygięty w literę „U” karabin maszynowy zidentyfikowano jako MG 131 , sprawa była jasna. Znaleźli szczątki Messerschmitta Bf 109!
Po wyciągnięciu na powierzchnię „serca“ samolotu zaczęła się szybka sesja fotograficzna, każdy chciał uwiecznić się przy zdobyczy zanim całkowicie się ściemniło. Jednym się udało, inni musieli zadowolić się gorszą pamiątką. Cały ówczesny plon to również sporo mniejszych elementów płatowca, amunicja 13mm do karabinów maszynowych oraz 20mm do działka. Można śmiało było odtrąbić sukces, choć dla zwykłego zjadacza chleba była to po prostu kupa nikomu niepotrzebnego żelastwa. Oprócz części należących do samolotu znaleziono również jeden osobisty artefakt – kawałek lotniczego buta. Największe jednak wrażenie musiały zrobić fragmenty kości…
Ileś lat później w prasie w niemieckim Ulm ukazał się nekrolog kobiety urodzonej w Niederschwedeldorf. Informację przeczytała inna mieszkanka miasta, która następnie skontaktowała się z rodziną zmarłej. Zdecydowała się na taki krok gdyż także miała pewne związki z tą miejscowością. Na przykościelnym cmentarzu w Szalejowie Dolnym pochowany był bowiem jej brat, pilot Luftwaffe o nazwisku… Orlando Chittaro!



Wiadomość ta dzięki nawiązanym wcześniej znajomościom dotarła do jednego z członków zarządu powiatu kłodzkiego, któremu temat ten był bliski. Zapewne również dzięki przestudiowaniu listy strat Luftwaffe z owego dnia udało się powiązać miejsce katastrofy z nazwiskiem pilota. Zagadka została rozwiązana. Za sterami feralnego dnia siedział włoskiego pochodzenia niemiecki pilot Orlando Chittaro, a samolotem był Messerschmitt Bf 109 G-6 o numerze fabrycznym 19996. Podobno katastrofę spowodowała usterka mechaniczna układu sterowania wynikająca z sabotażu osób przymusowo zatrudnionych przy naprawach.
Epilog
Życie samo dopisało koniec tej opowieści o Szalejowie Dolnym i niestety nie będzie szczęśliwego zakończenia.
Poniższe, szczątkowe informacje udało się uzyskać nieoficjalnie od ludzi związanych z Szalejowem Dolnym. Co ciekawe jedna z zapytanych osób mimo początkowej obietnicy pomocy finalnie nie chciała udzielić informacji, zazdrośnie strzegąc swojej wiedzy. Powód takiego zachowania jest nieznany, ale dodaje to całej sprawie aury tajemniczości.
Przy tej samej cmentarnej ścieżce prowadzącej do grobu pilota, spoczywa małżeństwo również biorące udział w II wojnie światowej. Tyle tylko, że oni byli „po drugiej stronie barykady“ i konflikt przeżyli. Byli członkami AK i warszawskimi powstańcami. Walczyli o wolną Polskę, której po wojnie w dalszym ciągu nie było. Zamiast tego nastały mroczne czasy gdy tacy jak oni stali się zagrożeniem dla nowej, komunistycznej władzy. Byli ścigani. Byli więzieni. Byli torturowani i mordowani.
Państwo Kwiatkowscy zapewne mieli nadzieję, że jednak dożyją wolnej i niepodległej Polski. By tego doczekać schronili się na ziemiach odzyskanych w małym Szalejowie Dolnym. Nie na długo. Niespełna cztery lata po wojnie upomniał się o nich komunistyczny aparat represji. Otrzymali wezwanie na komisariat. Wiedzieli co to oznacza. Wiedzieli jaki może czekać ich los. Wybrali inną drogę. Ostateczną drogę. Pożegnali się z sąsiadami oddając co wartościowsze rzeczy i wrócili do domu. Tutaj pojawiają się dwie wersje wydarzeń: odkręcili gaz lub sięgnęli po broń. Pewne jest jedno…
Był piętnasty dzień marca 1949 roku.



Źródła:
- www.klodzko.naszemiasto.pl – artykuł Natalii Wellmann p.t. „Karłów: Znane są kulisy katastrofy messerschmitta” z dnia 25.02.2011r.
- www.klodzko.naszemiasto.pl – artykuł Damiana Bednarza p.t. „Szalejów Dolny. Na małym cmentarzu spoczywa pilot Luftwaffe, który rozbił się w Górach Stołowych” z dnia 02.05.2023r.
- „Ziemia Kłodzka” nr 233, grudzień 2013, artykuł Henryka Grzybowskiego p.t. „Lotnisko polowe w Szalejowie Dolnym/Książówce”
- Ryszard Wójcik „Potwory atakują”, wydawnictwo Replika, 2009
