„Blücher bardzo chciał wkroczyć do miasta jako pierwszy i wznosił swój zwykły okrzyk bojowy: Vorwarts! Vorwarts! Jego rosyjscy żołnierze w końcu zrozumieli, co to znaczy, i natychmiast przezwali go Marszałkiem Naprzód. Walki skończyły się miażdżącą klęska Napoleona. Blücher powitał w mirach miasta cesarza Austrii, cara Rosji oraz króla Prus i w nagrodę za odegraną rolę otrzymał stopień feldmarszałka.”
„Wielcy generałowie wojen napoleońskich” Andrew Uffindell
Gebhard Leberecht von Blücher, urodzony w 1742 roku w rodzinie szlacheckiej, od najmłodszych lat zdradzał temperament raczej niepokornego ucznia niż oddanego nauce intelektualisty. Rodzina szybko skierowała go więc do służby wojskowej. W jej trakcie brał udział m.in. w działaniach wojennych związanych z I rozbiorem Polski. Początki jego kariery były jednak dalekie od ideału – skłonność do hulaszczego trybu życia oraz liczne skargi na jego zachowanie sprawiły, że ostatecznie został usunięty z armii na osobisty rozkaz samego króla Fryderyka Wielkiego, a o powrocie mógł pomyśleć dopiero kilkanaście lat później. Od tego jednak czasu piął się systematycznie po ścieżkach wojskowej kariery, a znajdując wroga w samym Napoleonie niestrudzenie walczył przeciwko niemu. Chociaż w przypadku Blüchera zasadne zdaje się powiedzenie „więcej szczęścia niż rozumu”, był dowódcą któremu przypisuje się najważniejszą rolę w pokonaniu francuskiego cesarza pod Waterloo. Jak się okazało jego wojenne zasługi na zawsze połączyły go z obecnym Dolnym Śląskiem.
Pałac w Krobielowicach
Jako wyraz uznania oprócz najwyższego tytułu wojskowego otrzymał niedawno skonfiskowane zakonowi (w wyniku sekularyzacji) przez pruskiego króla dobra – pałac wraz z miejscowością Krobielowice. Po przejściu na zasłużoną emeryturę osiadł on właśnie tutaj ciągle jednak prowadząc dość rozrywkowy tryb życia i może dlatego w roku 1819 śmierć spotkała co prawda w łóżku, ale bezpośrednią jej przyczyną prócz starości był upadek z konia. Zanim zdążył jednak pożegnać się z tym światem, odwiedził go sam król Fryderyk Wilhelm III, który gościł w okolicy na manewrach.
Pierwotnie w miejscu tym stała wieża mieszkalno-obronna, wkrótce zaadaptowana na potrzeby zakonu. W 1704 r. wzmiankuje się już czworoboczną budowlę z wewnętrznym dziedzińcem otoczonym krużgankami. W kolejnym stuleciu wzniesiono trzy narożne wieże i zewnętrzny taras południowy wraz z arkadową werandą. Te XIX-wieczne neogotyckie i eklektyczne modyfikacje, zainicjowane przez rodzinę marszałka von Blüchera nadały rezydencji obecny, romantyczny charakter. Choć po II wojnie światowej obiekt drastycznie niszczał jako własność Państwowego Gospodarstwa Rolnego, w latach 90. XX wieku przeszedł gruntowną rewitalizację dzięki prywatnemu inwestorowi powiązanemu rodzinnie z dawnymi właścicielami.
Młody Nowozelandczyk Christopher Vaile o siedzibie swego przodka leżącej tysiące kilometrów od swojej ojczyzny dowiedział się z rysunku pokazanego mu przez daleką ciotkę i obiecał sobie, że kiedyś pałac do rodziny wróci. Gdy kilkanaście lat później przybył do Polski zamiast okazałego majątku zastał opuszczoną ruinę. Nie rzucał jednak słów na wiatr i w ciągu czterech lat doprowadził pałac do stanu, który pozwolił na otwarcie w jego murach hotelu i restauracji. Właścicielem obiektu pozostaje do dzisiaj.
Główną rolę w pałacu gra nadal pruski feldmarszałek. Można tu zobaczyć odlew z brązu będący repliką pomnika jaki swego czasu stał na Placu Blüchera w niemieckim Wrocławiu. Na korytarzach poczytać można historię wojen napoleońskich i bitwy pod Waterloo. Największym jednak ukłonem w stronę owych czasów są tematyczne pokoje największych wojskowych osobowości tego okresu. Nic nie stoi na przeszkodzie by nocować u Napoleona (pokój zdobi jego portret oraz zestaw wypoczynkowy we francuskim stylu) czy u niegdysiejszego gospodarza pałacu – gdzie dodatkowego dreszczyku emocji może dostarczyć fakt, że ten apartament (składający się z trzech pomieszczeń – saloniku, pokoju we wieży oraz sypialni) podobno znajduje się w miejscu gdzie feldmarszałek faktycznie mieszkał.
„Blucher nabrał znaczenia nieproporcjonalnego do liczebności podelgłych mu wojsk, gdyż jako jedyny miał jasno wytknięty cel militarny i niezachwianą wolę osiągnięcia go. „Musimy iść na Paryż – oświadczył stanowczo – Napoleon złożył wizyty we wszystkich stolicach Europy. Mielibyśmy być mniej uprzejmi?”
„Wielcy generałowie wojen napoleońskich” Andrew Uffindell
W ofercie hotelu znajdują się apartamenty oraz pokoje w standardzie basic i comfort rozmieszczone w samym pałacu. Nowocześnie wyposażone pokoje premium znajdziemy natomiast w dawnej pałacowej oficynie. Śniadania serwowane są w pałacowych wnętrzach choć można również spożyć je na wewnętrznym dziedzińcu.
Z zabytkowego wyposażenia niewiele niestety pozostało, pałac był bowiem przez pewien czas nieużytkowany i traktowano go jako źródło wszelkiego dobra dla okolicznych gospodarstw. Podziwiać można tylko kominki w recepcji oraz sali balowej, marmurowe schody na parterze prowadzące na główną klatkę schodową, oraz kafelki w jednej z łazienek i we wspomnianej sali balowej. W największych reprezentacyjnych pomieszczeniach zorganizować można konferencje, rodzinne przyjęcia, wesela czy chrzciny. Wizytówką pałacu jest nie tylko jego architektura, ale również klimatyczna restauracja „Pod Arkadami”. Tradycyjne smaki w nowoczesnym wydaniu zdecydowanie nie zawodzą, a jeśli ktoś nie ma ochoty na obiad to deser z pałacową kawą jest propozycją równie ciekawą.
Palarnia kawy
Ziarna kawowca palone są na miejscu, w pałacowej palarni, co zapewnia wyjątkowość i pewność, że smaku tego nie spotkamy nigdzie indziej. Zielone nasiona przypływają prosto z Wietnamu i poddawane są obróbce przez córkę właściciela – Krystynę, która fachu uczyła się w zagranicznych manufakturach kawy. Zdobyte tam doświadczenie pozwoliło jej tworzyć autorskie mieszanki, które wciąż ewoluują. W efekcie tego krobielowicka wytwórnia serwuje napar, który stał się już jedną z flagowych wizytówek pałacu, przyciągającą tu nie tylko miłośników historii, ale i wymagających kawoszy. W pałacu można również posmakować kawy po wietnamsku, czyli ze skondensowanym mlekiem, a sam ceremoniał jej przygotowania przy pomocy zaparzacza phin dodatkowo wpływa na atmosferę spożywania tego napoju. Kawa sygnowana jest nazwiskiem właściciela i etykietą z wizerunkiem krobielowickiego pałacu. Serwowana jest oczywiście na śniadanie oraz w restauracji, ale można też kupić całe opakowanie na wynos i raczyć się smakiem w domowym zaciszu.
Mauzoleum
Spokojnym życiem na wsi zasłużony dla kraju żołnierz nie cieszył się zbyt długo. Zaledwie po czterech latach wycieńczony bojami i chorobami zmarł właśnie tutaj w 1819 r. kilka dni po upadku z konia. Po swojej śmierci został pochowany w kościele w pobliskich Wojtkowicach, ale już wtedy planowano godnie go upamiętnić wyjątkowym miejscem. Ze względu na logistyczne problemy i planowany rozmach budowę ukończono dopiero w 1852 r., a na uroczystość ponownego pochówku feldmarszałka rok później przybył sam król Fryderyk Wilhelm IV, jego świta i dwadzieścia tysięcy żałobników. Grobowiec ów podziwiać można do dzisiaj przy głównej drodze wiodącej z Krobielowic do Kątów Wrocławskich.
Choć czasy swojej największej świetności mauzoleum ma już za sobą, do czego walnie przyczyniła się Armia Czerwona (chyba nikt nie jest tym zaskoczony?), to częściowo przywrócono mu dawny blask. Granitowa wieża zwieńczona była złoconym napisem i medalionem z popiersiem pruskiego bohatera, w przyziemiu znajdowała się kaplica, a pod nią w sarkofagu umieszczono marszałka. Dzisiaj medalion jest zniszczony, napis usunięty („Księciu Blücherowi von Wahlstatt królowie Fryderyk Wilhelm III, Fryderyk Wilhelm IV i Armia. Ukończono 1853”), a kaplica pusta, gdyż szczątki pruskiego bohatera oraz jego żony i córki zostały w 1945 r. sprofanowane przez „wyzwolicieli” ze wschodu, gdy ponoć ciągano je pojazdem po wsi. Ostateczne miejsce spoczynku rodziny niestety nie jest obecnie znane, choć krążą różne niepotwierdzone informacje, że pochował je ówczesny proboszcz pobliskiej Sośnicy w swoim kościele.
„Cała Europa wiedziała, że stary książę Blücher nie zna się kompletnie na prowadzeniu wojny – i to do tego stopnia, że kiedy przedstawiano mu do zatwierdzenia plan, nawet dotyczący jakiejś błahej operacji, nie potrafił wyrobić sobie jasnego poglądu na jego temat ani osądzić, czy jest dobry, czy zły. Wielokrotnie jednak odmieniał bieg wydarzeń samą siłą osobowości i gotowością do podejmowania ryzyka. Nawet gdy przegrywał, zawsze dochodził do siebie.”
„Wielcy generałowie wojen napoleońskich” Andrew Uffindell
Sośnickie Święte Schody
Wspomnianą świątynią jest kościół Podwyższenia Krzyża Świętego i kryje on historyczne skarby – chrzcielnicę datuje się na 1580 r., obraz w ołtarzu na 1714 r., a wewnątrz i na zewnątrz znajdziemy renesansowe rycerskie i arystokratyczne epitafia. To co jednak stanowi o wyjątkowości tego miejsca to dobudowana tu w 1776 r. kaplica, w której znajdują się Święte Schody. Są one wierną kopią Scala Santa, czyli schodów po których prowadzono Jezusa do Piłata, a które obecnie znajdują się w Rzymie. Te sośnickie ufundowała hrabina Józefa von Wurtz-Burg, po swojej pielgrzymce do świętego miasta. W schodach ukryto relikwie świętych, a całe sanktuarium ozdobiono malowidłami przedstawiającymi mękę pańską.
Kaplica jest celem pątników z całej Polski, choć straciła ona na swej popularności po II wojnie światowej. Najwięcej pielgrzymów przybywa tutaj w wielkopostne piątki na drogę krzyżową oraz w sam Wielki Piątek, aby zgodnie z tradycją pokonać schody na kolanach. Na ich szczycie znajduje się tabernakulum w kształcie kuli ziemskiej i figura Zbawiciela. Kaplica na prawdę robi wrażenie i aż trudno uwierzyć, że nie jesteśmy w Rzymie, ale w małej podwrocławskiej wiosce. Dziwi też, że jest to tak mało znane miejsce, tym bardziej, że są to jedne z zaledwie kilku tego typu schodów w Polsce. Kościół jest najczęściej zamknięty, wiec aby je zobaczyć trzeba zrobić to przed niedzielną mszą lub chwilę po niej. Po obejrzeniu wnętrza świątyni warto też obejść ją dookoła, aby podziwiać kunsztowne płyty nagrobne.
Jak mówią lokalne legendy możliwe, że w tutejszej krypcie (do której wejście widoczne jest na jednym ze zdjęć) pod Kaplicą Świętych Schodów spoczywa sam Marszałek Naprzód, bohater dzisiejszej historii, który wciąż czeka na powrót do miejsca swojego wiecznego spoczynku…
Pałac w Sośnicy
Będąc w tej miejscowości grzechem byłoby nie rzucić okien na tutejszy pałac, który co prawda nie jest związany z feldmarszałkiem, ale na pewno godny jest uwagi. Początkowo rezydencja należała do rodziny Prockendorf, by później przejść w ręce rodu Saurma. Dzisiejszy, efektowny neobarokowy sznyt obiekt zawdzięcza jednak gruntownej przebudowie, którą przeprowadzili jego ostatni właściciele – ziemiańska rodzina Wichelhaus. Ten dwukondygnacyjny budynek, wyróżnia się eleganckim dachem mansardowym, dekoracyjnym ryzalitem oraz zgrabną wieżyczką. Wrażenie robią też półokrągłe okna, w których wciąż światło odbijają szyby. Choć po II wojnie światowej majątek został zajęty przez PGR, co zmieniło jego przeznaczenie, budowla przetrwała próbę czasu, przynajmniej jeśli chodzi o jego zewnętrzną bryłę. Obecnie stoi niestety nieużywany i niszczejąc czeka na lepsze czasy.
Blücher – życie po śmierci
Rodacy nigdy nie zapomnieli o swoim wielkim dowódcy i przez wiele jeszcze lat do niego wracali. Stawiano mu pomniki, nazywano ulice i place (jak chociażby wspomniany Blücherplatz w Breslau) czy nadleśnictwa. Same Krieblowitz, jak po niemiecku zwane były Krobielowice, na kilka lat przed II wojną światową przemianowano na Blüchersruh (czyli miejsce spoczynku Blüchera), a schronisko powstałe u stóp Ślęży zwało się Blücher Baude (dzisiaj to Schronisko pod Wieżycą). Również III Rzesza chętnie odwoływała się do feldmarszałka – jedna z baterii artylerii chroniących polską dzisiaj Ustkę zyskała jego imię, szczytowym osiągnięciem natomiast ówczesnej propagandy było ochrzczenie krążownika Kreigsmarine nazwiskiem Blüchera. Okręt ten jednak jak się okazało nie był godzien swego miana, gdyż poszedł na dno norweskiego fiordu zaledwie pół roku po wejściu do służby.
„Zawsze wiedział – pisał jego lekarz – jak w odpowiednim momencie wpłynąć na uczucia żołnierzy, i wystarczało parę kojących słów by w mgnieniu oka znój, głód, pragnienie i wszelkie trudy wojny odeszły w niepamięć. (…)
W istocie to tu właśnie tkwił sekret sukcesu Blüchera jako dowódcy: wzbudzał w żołnierzach poczucie, że jest jednym z nich.”
„Wielcy generałowie wojen napoleońskich” Andrew Uffindell
Wpis powstał we współpracy z Pałacem w Krobielowicach.
Źródła:
- www.palackrobielowice.com
- www.zabytek.pl
- „Wielcy generałowie wojen napoleońskich”, Andrew Uffindell, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2007
