Historia Staniszowa sięga 1305 roku, jednak kluczowy dla rozwoju wsi okazał się koniec XVIII wieku. Po stuleciach rozdrobnienia majątku na część Dolną, Średnią i Górną oraz częstych zmianach właścicieli (m.in. z rodów von Stange i von Reibnitz), dobra ziemskie zostały ostatecznie scalone. Kluczowym momentem w dziejach był rok 1784, kiedy to Friederike Ottilie von Schmettau wniosła dobra w posagu hrabiemu Henrykowi XXXVIII von Reuss zu Köstritz. Od tego momentu posiadłość stała się prestiżową siedzibą wpływowego rodu, przechodząc z pokolenia na pokolenie i budując fascynującą historię, której ślady – mimo upływu stuleci – wciąż można odnaleźć w okolicy. To właśnie stąd wywodzi się bodajże najsłynniejszy karkonoski trunek, tutaj też swoje proroctwa wygłaszał śląski Nostradamus.
Echt Stonsdorfer
W 1801 roku nowym warzelnikiem w browarze księcia von Reuss został gorzelnik i piwowar – Christian Gottlieb Koerner. Zafascynowany lokalnymi tradycjami, a w szczególności sekretami znachorów oraz zbieraczy karkonoskich leczniczych roślin, zaczął eksperymentować łącząc dary natury z okolic Gór Olbrzymich. Zaowocowało to stworzeniem unikalnej receptury likieru o niepowtarzalnym, głębokim smaku ziół i owoców leśnych. Trunek oficjalnie zadebiutował na rynku w 1810 roku jako „Stonsdorfer”, czyli „Staniszowski”. Sława napitku – oraz jego legendarne właściwości zdrowotne – błyskawicznie rozniosły się po całym regionie, zwłaszcza że reklamowany był na szeroką skalę i serwowany w okolicznych uzdrowiskach, pensjonatach oraz górskich schroniskach. Wkrótce trunek masowo eksportowano do krajów europejskich oraz na rynki globalne, a jego popularność szybko doprowadziła do wysypu podróbek, przez co jego nazwa stała się ogólnym określeniem dla alkoholi ziołowych. Aby chronić markę, producent opatentował charakterystyczną butelkę oraz zastrzegł nazwę Echt Stonsdorfer (Prawdziwy Staniszowski).
Budynek historycznej wytwórni likierów stoi do dzisiaj, jednak przykryty szpecącą, czerwoną blachodachówką pełni rolę mieszkalną i zdecydowanie dopomina się o remont. Podobnie zresztą jak znajdujący się pod drugiej stronie ulicy imponujący, dawny zajazd z browarem, o którego świetności i przeznaczeniu świadczy już tylko ledwo widoczny niemiecki napis nad reprezentacyjnym wejściem z balkonem i kolumnami. Kiedyś posiadał sale myśliwską oraz balową, organizowano tu koncerty i bawiono się w ogrodzie, teraz wnętrze straszy obdrapanymi ścianami czekając na ratunek, a pod murami trafić można na porzucone puste butelki (bynajmniej nie po legendarnym likierze).
Popyt rósł tak szybko, że syn Christiana, Wilhelm, postanowił wejść na wyższy poziom produkcji. Wybudował nową, imponującą fabrykę we nieodległej wsi Cunnersdorf (dzisiejsza dzielnica Podgórzyn w Jeleniej Górze). Zakład pod nazwą Echt Stonsdorfer Bitter W. Koerner & Co. Cunnersdorf działał prężnie aż do ostatnich dni II wojny światowej. W czasach największego rozkwitu z taśm produkcyjnych schodziło nawet 10 tysięcy litrów likieru dziennie, a marka stała się jednym z najważniejszych ambasadorów regionu. Po 1945 roku historia fabryki potoczyła się jednak dramatycznie. Choć kilka miesięcy po zakończeniu wojny uruchomiono w tym miejscu Wytwórnię Wódek Gatunkowych Państwowego Monopolu Spirytusowego, zakład przetrwał tylko kilka lat. Nie odniósł sukcesu, a dawna receptura została w Polsce zapomniana. Opuszczone mienie przejęło miasto, a dziś mieszczą się tam prywatne zakłady i firmy. Po dawnej potędze dolnośląskiego gorzelnictwa w Podgórzynie pozostały już tylko zaniedbane budynki oraz imponująca klatka schodowa w dawnej siedzibie zarządu, do której można spróbować się dostać w pracujące dni tygodnia.
Sam karkonoski trunek miał więcej szczęścia, gdyż przetrwał próbę czasu i dziejową zawieruchę! Ostatni przedwojenni właściciele zakładów, bracia Otto i Herbert Stabrin, zdołali podobno ocalić bezcenną recepturę. W 1957 roku w niemieckim Norderstedt wznowili działalność i po latach przerwy ponownie uruchomili produkcję legendarnego likieru. Do dziś na etykiecie naklejanej na butelkę widnieje budynek jeleniogórskiej fabryki i oryginalna nazwa tego wyrobu.
Choć obecnie na Dolnym Śląsku spotkać można różne lokalne alkohole na bazie ziół – w tym popularny Likier Karkonoski – warto pamiętać o korzeniach tej tradycji. „Echt Stonsdorfer” jest tylko jeden i do dziś powstaje za naszą zachodnią granicą, podobno niezmiennie według tej samej, ściśle strzeżonej receptury stworzonej ponad dwieście lat temu. Jeżeli jednak zioła pochodzą już nie z karkonoskich a z alpejskich terenów to czy można go jeszcze nazywać „Prawdziwym Staniszowskim”? Oryginalny smak zapewne pozostał już tylko we wspomnieniach.
Góra Witosza
Choć wzniesienie to ma tylko 484 m n.p.m., to widok, jaki się z niego rozpościera, jest naprawdę imponujący – Karkonosze widać stąd jak na dłoni! Kiedyś Staniszów był popularną miejscowością wypoczynkową, a liczna arystokracja goszcząca w dwóch tutejszych pałacach ceniła sobie piesze wycieczki po okolicy. Dlatego też Henryk XXXVIII von Reuss zlecił wytyczenie ścieżek spacerowych na szczyt i zorganizowanie punktu widokowego.
Granitowe wzgórze skrywa też dawniejszą historię – w XVII wieku w grocie pośród skał mieszkał lokalny pustelnik Hans Rischmann (zwany Karkonoskim Wernyhorą lub śląskim Nostradamusem), który stał się jedną z pierwszych atrakcji turystycznych tego miejsca. Według podań w swoich proroctwach przewidział zawalenie się wieży ratusza w Jeleniej Górze (1739 r.), wojny napoleońskie, rozbiory Polski, czy nawet ocieplenie klimatu! Zmarł w 1642 roku dokładnie tak, jak zapowiedział, co ugruntowało jego legendę wśród lokalnej społeczności. Pochowano go na cmentarzu w pobliskiej Łomnicy, a ze względu na jego specyficzne zachowanie oraz napady padaczkowe, współcześni mu ludzie zapisali w księgach kościelnych parafii słowa: „ten człowiek miał dziwnie w głowie”. Dziś jego dawna jaskinia, zwana Pustelnią, stanowi jeden z punktów na trasie.
Na szlaku prowadzącym na szczyt mija się wiele innych, ciekawych formacji skalnych o całkiem współczesnych już nazwach, jak Hamburger czy Bułka, a także liczne przejścia między głazami i małe jaskinie. W 1901 roku postawiono na wzniesieniu wieżę ku chwale kanclerza Rzeszy Ottona von Bismarcka, jednak po wysadzeniu jej przez polskich saperów po II wojnie światowej do dziś przetrwał jedynie cokół. Inną historyczną pamiątką jest stojący u podnóża wzgórza pomnik mieszkańców miejscowości poległych w czasie wcześniejszego globalnego konfliktu z lat 1914-1918. Warto wybrać się na eksplorowanie wzgórza, gdyż odkrywanie jego zakamarków z pewnością zaciekawi każdego miłośnika natury. W nagrodę na szczycie czeka rozległa panorama, dostarczająca niezapomnianych wrażeń podczas odpoczynku po niezbyt długiej, ale pełnej wrażeń wspinaczce.
Dla swoich gości hrabia aranżował również tereny przylegające do jego włości i tak w 1806 r. zainicjował budowę neogotyckiej wieży na wzgórzu Grodna, która miała służyć jako schron myśliwski i punkt widokowy. W duchu ówczesnych czasów postawiono neogotycki „zameczek” z wieżą, który służył arystokracji jako cel wycieczek łowieckich i wyjątkowe miejsce do podziwiania piękna Karkonoszy. Zgodnie z jego wolą budowla od samego początku nosiła niemiecką nazwę Heinrichsburg, czyli w dosłownym tłumaczeniu „Zamek Henryka” i tak pozostało do dnia dzisiejszego.
Kościół symultaniczny
Ważnym punktem na historycznej mapie Staniszowa jest Kościół Przemienienia Pańskiego, którego najstarsze źródła pisane sięgają 1338 roku. Choć pierwotnie była to murowana świątynia gotycka, obecny kształt architektoniczny nadano jej w XV wieku. W swojej długiej historii obiekt wielokrotnie zmieniał przeznaczenie religijne. Po 1525 roku Staniszów przyjął luteranizm i przez niemal 130 lat sprawowano tu liturgię ewangelicką. Najbardziej niezwykły rozdział w dziejach obiektu przypada jednak na lata 1845–1945. Zgodnie z wolą i życzeniem miejscowych hrabiów von Reuss, kościół zaczął pełnić unikalną funkcję świątyni symultanicznej. Przez równe sto lat służył on w pełnej zgodzie i tolerancji religijnej jednocześnie dwóm wyznaniom – wspólnie użytkowali go tutejsi katolicy oraz protestanci. Był to niezwykle rzadki w ówczesnej Europie przykład pokojowej koegzystencji dwóch religii pod jednym dachem, wymuszony autorytetem właścicieli majątku. O tamtych burzliwych stuleciach przypomina dziś cebulasty hełm wieży z 1784 r., średniowieczne epitafia oraz wnętrze świątyni z zachowanymi drewnianymi emporami. Zegar na kościele ufundował natomiast jeden z harbiów von Reuss.
Pałac na Wodzie
Ta pięknie położony obiekt zbudowany został na życzenie Henryka XXXVIII von Reuss około 1786 r. jako luksusowa willa i miejsce spotkań przybywającej w gości arystokracji. Służył także jako tymczasowe mieszkanie na czas renowacji głównej pałacowej siedziby mieszczącej się w górnej części wioski. Ta klasycystyczna, dwukondygnacyjna posiadłość przeszła znaczącą przebudowę około 1830 roku i pozostawała w rękach rodziny von Reuss aż do końca XIX wieku. W kolejnych dziesięcioleciach obiekt często zmieniał prywatnych właścicieli, a po burzliwym okresie powojennym zaczął popadać w ruinę. Dawną świetność przywróciła mu dopiero gruntowna, prywatna rewitalizacja rozpoczęta pod koniec XX wieku, dzięki której ten wyjątkowy zabytek Doliny Pałaców i Ogrodów funkcjonuje dziś jako hotel z restauracją i SPA.
Choć po wojnie z dawnego wyposażenia nie zostało nic, to podczas remontu udało się uratować historyczny układ wnętrz, stare sklepienia kolebkowe oraz sztukaterie na sufitach. Warto zajrzeć na piętro do sali lustrzanej i biblioteki, aby odkryć pozostałości po dawnej świetności. Podczas gdy turyści najczęściej podziwiają kolumnowy portyk od strony stawu, to drugie, tylne wejście od strony dawnych zabudowań gospodarczych skrywa inną ciekawostkę architektoniczną – oryginalny, kamienny portal z pozostałością kartusza herbowego zwieńczonego koroną książęcą.
Dzisiaj w uratowanych wnętrzach można nie tylko podziwiać piękny kominek czy kamienne portale ale odnaleźć można również dawny historyczny klimat. Chcący się posilić nie zawiodą się ofertą restauracji o wdzięcznej nazwie „Kaczka na Wodzie”. To nawiązanie nie tylko do przypałacowego stawu, po którym pływa ptactwo, ale też do specjalności tutejszej kuchni. Menu opiera się bowiem na tradycyjnych przepisach w nowoczesnym wydaniu, a flagowym daniem – jak nietrudno się domyślić – jest pieczona kaczka.
Do głównej bryły budynku dobudowano nowoczesny pawilon z pokojami oraz strefę SPA, wyposażoną w gabinety do masażu i kąpieli. Całość uzupełniają dwie jasne oranżerie, które rano służą jako sale śniadaniowe, a później zamieniają się w przestrzenie bankietowe. Pałacowe wnętrza są też idealnym tłem dla sztuki – regularnie organizuje się tu wernisaże, wystawy oraz liczne wydarzenia kulturalne, które pozwalają gościom obcować z twórczością artystów w wyjątkowym otoczeniu.
Nazwa pałacu nie jest przypadkowa – budynek stoi tuż nad brzegiem dużego stawu, w którego tafli malowniczo odbija się jasna elewacja oraz frontowy portyk z balkonem wspartym na ozdobnych kolumnach. Rezydencję otacza kameralny park z wiekowymi drzewami i zielonymi krzewami, gdzie ustawiono ławki pozwalające w pełni chłonąć ciszę i naturę w najlepszym wydaniu. To urokliwe miejsce oferuje nie tylko odpoczynek i niespieszną atmosferę, ale staje się też świetną bazą wypadową. Stąd bowiem jest już bardzo blisko do odkrywania tajemnic całej Doliny Pałaców i Ogrodów. W obiekcie znaleźć można literaturę przybliżającą historię rodu von Reuss, dzieje pałacu i słynnego napitku, a także skosztować jego karkonoskiej wersji opartej na miejscowych ziołach.
Pałac w Staniszowie Górnym
Kiedy hrabia wszedł w posiadanie tutejszego majątku, zastał surowy, skromny, pierwotnie obronny dwór renesansowy z XVI wieku. Dla ambitnego arystokraty i rotmistrza armii pruskiej było to jednak za mało. Postanowił przekształcić dawną warownię w swoją główną, reprezentacyjną siedzibę. W 1787 roku gruntownie przebudował obiekt, nadając mu późnobarokowy styl. Obecnie w odrestaurowanych salach zdecydowanie czuć blichtr i prestiż książęcego rodu.
Dodatkowo oprócz modernizacji budynku hrabia zadbał o przylegający do niego teren otaczając go monumentalnym, pierwszym w Karkonoszach parkiem w stylu angielskim. Krajobraz ten, pełen sztucznych grot, skałek i osi widokowych na karkonoskie szczyty (po dziś dzień świetnie widać stąd Śnieżkę), miał olśniewać przybywających z całej Europy gości i co równie ważne, przyćmić posiadłości konkurencyjnego rodu Schaffgotschów. Czy to się udało można ocenić samemu zaglądając do wnętrza i na teren przypałacowy czy to jako gość hotelu, rejestracji czy jako turysta oglądający kolejny uratowany pałac Kotliny Jeleniogórskiej. Co ciekawe, przy pałacu od kilku lat działa mała wytwórnia Likieru Staniszowskiego, która opracowała własną recepturę na ten kultowy trunek. W parku można podziwiać rzeźbę Kleopatry z niewolnikiem – przeniesioną tu sprzed dawnej fabryki Stonsdorfer w Jeleniej Górze. W ten sposób dawna historia zatoczyła koło i powróciła do miejsca, w którym się narodziła.
Czy warto odwiedzić Staniszów?
Miejscowość stanowi dobry wybór zarówno na weekendową wycieczkę, jak i na dłuższy pobyt u stóp Karkonoszy. Można tu dotknąć niesamowitej historii szlacheckich rodów, poznać dzieje wiekowego trunku oraz odkryć stare przepowiednie, które według lokalnych podań sprawdzają się po dziś dzień. Przede wszystkim jednak miejsce to oferuje bliski kontakt z naturą i spektakularne widoki na górskie szczyty – te same, które wieki temu zauroczyły europejską arystokrację na tyle, że postanowiła wznieść tutaj swoje imponujące założenia pałacowo-parkowe, by w pełni korzystać z uroków tutejszego krajobrazu i klimatu. Dziś każdy może tego doświadczyć…
Wpis powstał we współpracy z Pałacem na Wodzie w Staniszowie.
Źródła:
- www.palacnawodzie.com
- www.palaceslaska.pl
- www.eloblog.pl
- www.smakidolnegoslaska.pl
- www.przystanekd.pl
- „Przepowiednie według Hansa Rischmanna. Słynny Prorok w śląskich Karkonoszach – Druk i wydawnictwo E. Gruhn in Warmbrunn„ – opracowanie Biblioteki Muzeum Karkonoskiego
