Marianna Orańska – królewna na Dolnym Śląsku

Nie każdy wie, że na Dolnym Śląsku jeszcze nie tak dawno mieszkała prawdziwa królewna. I to nie byle jaka, gdyż chodzi o córkę króla Niderlandów Wilhelma i królewny pruskiej Wilhelminy z rodu Hohenzollernów. Wilhelmina Frederica Louisa Charlotte Marianne, królewna dynastii Oranje-Nassau. Bardziej znana pod imieniem Marianny Orańskiej lub “dobrej pani”, jak okoliczna ludność lubiła ją nazywać. Jakie były jej losy i czy bycie córką króla ułatwiało życie w ówczesnej Europie dowiecie się z tego wpisu. Zapraszamy naszymi śladami, które zostawiliśmy w czterech krajach, aby to odkryć.

Młodość

O historii Marianny napisano kilka książek, więc nie będziemy szczególnie zagłębiać się w początek jej życiorysu. Musimy jednak podać kilka najistotniejszych faktów, aby móc podróżować po świecie razem z nią. Urodziła się w Berlinie. Jej ojciec, a następnie brat zasiadali na tronie Holandii, więc swoje młodzieńcze lata spędziła beztrosko w królewskich posiadłościach Hagi. Jak to w ówczesnych dworach królewskich bywało niewiele miała do powiedzenia w kwestii swojego zamążpójścia. Szybko przedstawiono jej odpowiedniego kandydata z prominentnej i zaprzyjaźnionej rodziny Hohenzollernów. 14 września roku 1830 została małżonką Friedricha Heinricha Albrechta, syna pruskiego króla Fryderyka Wilhelma III. I tu historia zaczyna się komplikować. Wykształcona, inteligentna i ceniąca sztukę młoda panienka trafiła na sztywną etykietę pruskiego dworu. W dodatku mąż nie podzielał jej pasji, za to rozwijał swoją romansując na prawo i lewo (w tym z damami dworu). Małżeństwo miało pięcioro dzieci, z których tylko troje doczekało wieku dorosłego. A Marianna coraz częściej uciekała w podróże, aby uwolnić się od nieszczęśliwego pożycia i dworskich plotek. Właśnie w takiej atmosferze zbliżyła się do służącego jej Holendra Johannesa van Rossuma i okazało się, że to właśnie była ta prawdziwa i jedyna miłość. W tym nieformalnym związku spędzili 28 lat, aż do jego śmierci. Nietrudno sobie jednak wyobrazić, że wnosząc o królewski rozwód to na Mariannę spadły gromy i oskarżenia o hańbę na honorze Hohenzollernów. Nie pomógł również fakt, że wkrótce była brzemienna ze wspomnianym koniuszym Johanessem, który to miał już żonę (czyż to nie aż za bardzo skomplikowane?). W dodatku odmówiła oddania urodzonego dziecka i podjęła się jego wychowania oraz nadania szlacheckiego nazwiska. Po orzeczeniu rozwodu królewnie zakazano utrzymywania kontaktu z dziećmi oraz przebywania w Prusach dłużej niż 24 godziny, a prominentne rody się od niej odwróciły. Jak Marianna poradziła sobie z wygnaniem dowiemy się za chwilę. Na razie przenieśmy się do Kamieńca Ząbkowickiego i zobaczymy jak dolnośląski pałac znalazł się w jej rękach.

Kamieniec Ząbkowicki

Tutejsze pocysterskie ziemie trafiły do rąk matki Marianny, pruskiej księżniczki Wilhelminy w 1812 r. by po jej śmierci przejść na córkę. Ta, żywo zainteresowana Śląskiem oraz tutejszymi włościami postanowiła wybudować swoją rezydencję, nie szczędząc środków i zatrudniając jednego z najwybitniejszych niemieckich architektów – Karla Friedricha Schinkla. Wartość kamienieckiej budowli szacuje się na trzy tony złota! Prace ruszyły w 1838 r., a zakończyły się pół wieku później już pod rządami syna Marianny. Właścicielka miała wielki wpływ na projekt całego założenia, wielokrotnie podkreślając, że z okien ma być widać górską panoramę, a przyroda ma być jego częścią.

Ach co to jest za pałac! Nawet obecnie, kiedy mozolnie podnosi się z ruin robi niesamowite wrażenie: skrząca się w słońcu klinkierowa, czerwona cegła, cztery okrągłe wieże, dwunawowa hala podjazdowa i taras widokowy z barierkami z białego marmuru. Do tego ogrody z kaskadowymi tarasami i fontanny, które choć imponujące są tylko posmakiem dawnej świetności. O tej niech świadczy chociażby informacja o stajni posiadającej marmurowe poidła i kryształowe lustra… dla koni. W samym pałacu zimą grzały kaloryfery i podłoga! W środku znajdował się oszklony dziedziniec oraz liczne sale i pokoje ozdobione kunsztownymi meblami czy dziełami sztuki (w tym bliskich sercu Mariannie holenderskich artystów). W ogrodach w 1872 r. na zakończenie budowy pałacu na wysokiej kolumnie stanęła imponująca figura Nike, Bogini Zwycięstwa (której rekonstrukcję możemy od niedawna również podziwiać). Zadbano o imponujące tarasy i ogrody.

W skład założenia wchodził też kościół ewangelicki u stóp wzgórza, który obecnie w środku jest częściowo odrestaurowany i w którym odbywają się czasem koncerty i wystawy.

Po rozwodzie królewnie zakazano wchodzić do zamku głównym wejściem. Kazała więc dobudować schody do wielkiego okna we wieży. A gdy nie mogła przebywać na ternie Prus dłużej niż 24 godziny, kupiła dworek tuż za austriacką granicą, aby stamtąd nadzorować swoje ziemie. W kamienieckim pałacu nigdy na stałe nie zamieszkała, a w 1853 r. przekazała go synowi Fryderykowi Wilhelmowi Albrechtowi i w rękach rodziny pozostał do II wojny światowej. Wojnę przetrwał, ale jak to zwykle na polskich ziemiach wtedy bywało nie oparł się prymitywnej hordzie ze wschodu, czyli Armii Czerwonej. Mówi się o 16 wagonach skarbów wywiezionych do Związku Radzieckiego. Reszta została zdewastowana, a w końcu podpalona. Bezpańska ruina była rabowana już przez Polaków aż do lat 80-tych, a jej marmury można znaleźć nawet w budynkach odbudowanej stolicy. Po czterdziestoletniej dzierżawie i mniej lub bardziej udanych inwestycjach w 2012 r. pałac został własnością gminy a ta podjęła się remontu, który sprawia że z roku, na rok odzyskuje on swój blask. Obecnie zwiedzimy go z przewodnikiem i jest to pozycja obowiązkowa! Do zamku pomału wracają eksponaty, wiszą zdjęcia pokazujące jego przepych, stopniowo uruchamiane są fontanny. Byliśmy tu kilkukrotnie i za każdym razem udaje się nam zwiedzić inną jego część, wejść do baszt czy na taras widokowy. Skala prac jaka jeszcze jest potrzeba jest niewyobrażalna, ale patrząc na progres warta każdej godziny i złotówki.

Woda do imponujących fontann, których było 27, trafiała ze specjalnie zbudowanego u stóp wzgórza stawu, przy którym wzniesiono maszynownię, również w neogotyckim stylu. Można ją podziwiać i dzisiaj, choć częściowo stoi pusta, a częściowo jest zamieszkana przez prywatne osoby. To tu znajdowała się maszyna parowa, dostarczająca wodę na górę zamkową. Ze względu na koszty główne pokazy fontann odbywały się tylko na wyjątkowe okazje.

Jak widać powyżej dużą dawkę wiedzy zdobyliśmy dzięki książce profesora Krzysztofa Mazurskiego. Polecamy ją jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o samej Mariannie i czasach w jakich żyła. A jeśli wolicie lżejszą niż biografia formę sięgnijcie po powieść opartą na faktach “Dobra Pani” autorstwa Sylwii Winnik. Dzięki niej jeszcze bardziej zrozumiecie czasy i trudności z jakimi musiała się mierzyć holenderska królewna, tak bardzo wychodząc poza ramy przypisywane kobietom i etykiecie.

Ostatnią budowlą na terenie przypałacowym było rodowe mauzoleum, które Fryderyk wzniósł dla swojej żony, a w którym następnie spoczął on oraz trzech ich synów. Grobowiec oczywiście nie przetrwał “wyzwolenia” przez Rosjan. Zrujnowano go, a ciała zbezczeszczono. Do XX w. zostały tylko gruzy. W 2018 r. Gmina Kamieniec podjęła się odbudowy i obecnie można je zwiedzać. Przywrócono grecki styl oraz symboliczny grób zarówno potomków Marianny, jak i jej samej umieszczając tablicę pamiątkową z repliką nagrobka. Mimo że to niewielkie, to warto tu wstąpić, aby wysłuchać wspomnień samego (interaktywnego) Fryderyka uzupełnionych przez żywego już przewodnika.

Droga Marianny

Oczywiście królewna nie samą budową pałacu żyła! Etos pracy i chrześcijańskie wartości towarzyszyły jej całe życie. Doskonale rozumiała potrzeby ludności i rejonu, którym zarządzała. Stawiała więc na rozwój i infrastrukturę, nie bała się nowych rozwiązań i szukała ulepszeń. Zlecała wydobywanie kruszców w kamieniołomach, zakładała piece hutnicze, wapienniki, stawy hodowlane pstrąga, wspierała gospodarkę leśną. Pomiędzy najważniejszymi miastami budowała drogi, aby ułatwić transport. Łącząca Kamieniec, Złoty Stok, Lądek-Zdrój i Stronie Śląskie trasa umożliwiła rozwój tych miast i osiedlanie się ludności. W Stroniu Śląskim zainwestowała w hutę szkła nazwaną “Oranienhutte”, a w Krzyżniku w kamieniołom marmuru “Mariannenbruch”. Zawsze w pierwszej kolejności w zakładach tych zatrudniano miejscowych robotników. Swój majątek osobiście nadzorowała, odbywając liczne podróże i za każdym razem reagując na potrzeby ludzi, których spotykała na swoim szlaku.

Obecnie przy głównej drodze w Złotym Stoku możemy podziwiać trzy odrestaurowane wapienniki, będące własnością Marianny. Służyły one do wypalania wapna, które używane było między innymi do budowy kamienieckiego pałacu.

Dzięki jej wędrówkom w okolicy rozwijała się turystyka. To ona “odkryła” Międzygórze zlecając budowę mostka i schodów prowadzących na Wodospad Wilczki. A ze swoim ojcem, królem Niderlandów zdobyła w 1840 r. Śnieżnik. Dla pasterzy powstała dzięki niej utwardzona droga na tutejszą halę, a wkrótce dla wędrowców stanęła “szwajcarka”, czyli obecne PTTK “Na Śnieżniku”. W okolicy rozwijały się liczne karczmy, gospody i hoteliki. Była również właścicielką ruin zamku Szczerba. To ona zleciła odnowienie źródeł wody mineralnej w Lądku-Zdroju i na jej cześć jedno z ujęć nazwano “Mariannenbrunn”, czyli Źródłem Marianny.

Nieobca była jej również działalność charytatywna: z wielkim zaangażowaniem zakładała szkoły, ochronki i szpitale. Ludność wspierała finansowo, ale też myślała o jej przyszłości zapewniając godny byt przez zatrudnienie i możliwość nauki. Nic więc dziwnego, że przez okolicznych mieszkańców zwana była “dobrą panią” lub “matką ubogich i sierot”. W samym Kamieńcu i okolicach inwestowała w budownictwo, opłacała nauczycieli, ale i wspierała kościoły bez względu na reprezentowane wyznania. Śmiało by rzec, że wykazywała wielką smykałkę do interesów, ale i wyprzedzała swoje czasy myśląc o inwestycjach i rozwoju regionu, a jej gospodarność miała ogromny wpływ na to, jak okolica wygląda i dzisiaj. Często mówiła: “nie przyszłam na świat, by żyć dzięki ludziom, ale by ludzie żyli dzięki mnie” i z pełnym zaangażowaniem realizowała swoją misję.

Obecnie droga, w większości ufundowana przez nią, to szlak wiodący gminami pogranicza polsko-czeskiego, którego celem jest zwiększenie ruchu turystycznego i upamiętnienie działalności Marianny. Na jego trasie nadal spotkamy mnóstwo budynków założonych dzięki jej działalności, a i pamięć o niej nadal jest tu żywa.

Bila Voda

Posiadłość w miejscowości Weiswasser, na ternie należącym do Austrii, kupiła w 1854 r. niedługo po tym, jak zakazano przebywać jej w Prusach. Tylko 12 kilometrów dzieliło ją stąd do kamienieckich dóbr, które praktycznie codziennie nadzorowała. Niewielki myśliwski pałacyk szybko zaczęła modernizować, dobudowując piętra i wieżę oraz zakładając rozległy park. Po dziś dzień można w nim zobaczyć barokowe rzeźby z XVIII w. przedstawiające świętych Floriana i Wendelina. Oczywiście nie byłaby sobą, gdyby nie zainteresowała się miejscową ludnością. Ufundowała więc szkołę, przytułek oraz ewangelicki kościół w Jeseniku, jednocześnie coraz więcej terenów włączając do świetnie prosperującego klucza Bila Voda. Majątek pozostawał w rękach jej rodziny do końca I wojny światowej. Obecnie trzeba mieć szczęście, aby zajrzeć na jego teren, gdyż jest to zakład psychiatryczny i nie można go zwiedzać.

Villa Carlotta nad jeziorem Como

Królewna posiadłość nad włoskim jeziorem zakupiła w 1843 r. Nieszczęśliwa w małżeństwie, a ceniąca spokój i dzieła sztuki znajduje tu wszystko co jej potrzeba dla ukojenia serca. Okazała willa z przepięknym widokiem i majestatycznymi ogrodami cztery lata później trafia do córki Marianny, Charlotty jako prezent ślubny od matki. I choć historia ta kończy się w 1855 r., kiedy młoda księżniczka umiera w połogu, willa od tej pory nosi jej imię. Sam pałac jak i ogrody obecnie dostępne są dla turystów. I warto tu zajrzeć, aby chwilę podumać nad losem królewny, która szukała szczęścia podróżując po całym świecie. Nam posiadłość udało się odwiedzić podczas wakacji nad jeziorem Como.

Włochy odwiedzała kilkukrotnie powiększając swoje kolekcje antyków i dzieł sztuki, wizytując Sycylię, Neapol czy zdobywając Wezuwiusz. To tutaj w 1849 r. w Cefalu na świat przyszedł Johannes Wilhelm, jej syn z nieprawego łoża. W tym właśnie czasie odbywała morską podróż przez Egipt, Aleksandrię oraz kraje Bliskiego Wschodu do Grobu Świętego w Jerozolimie. Ta pielgrzymka stanowiła wyznanie wiary, ale i pokutę którą sama sobie wyznaczyła. W końcu na kilka lat osiadła, wraz z ukochanym i synem, w Rzymie w okazałej wilii Celimontana, prowadząc towarzyskie życie i kolekcjonując starożytne dzieła sztuki.

Reinhartshausen i Erbach

Podróże po świecie i odosobnienie w majątku Weisswasser sprawiły, że królewna wkrótce zaczęła szukać nowego miejsca dla siebie, ukochanego oraz ich nieślubnego syna Johanna Wilhelma. Miejsca bliżej swoich dorosłych dzieci, z którymi bardzo chciała mieć dobre kontakty, oraz światowego życia dworskiego. Skandal trochę przycichł, a ukochane dziecko otrzymało szlachecki tytuł von Reinhartshausen. Udało się jej więc zakupić w 1855 r. na terenie księstwa Nassau (czyli krainy swoich przodków) w miejscowości Erbach okazałą rezydencję. Oczywiście nadreński majątek pod jej zarządem znacznie rozkwitł, do czego głównie przyczyniła się założona winnica i tutejszy szczep Riesling. Do pałacu wkrótce dobudowano skrzydło muzealne, na jej wielką kolekcję dzieł sztuki z całego świata, z naciskiem na szkołę niderlandzką. Zbiory te zresztą szybko udostępniono odpłatnie dla turystów, a dochody przeznaczono na wsparcie zakładu dla niewidomych w Wiesbaden.

Tutaj osiadła na dłużej zajmując się wychowaniem Johanna, którego kształciła na teologa lub prawnika poświęcając mu wiele uwagi. Niestety życie wkrótce zadało jej kolejny cios zsyłając szkarlatynę i zabierając dwunastolatka z tego świata.

Pogrążona w żałobie królewna ufundowała budowę ewangelickiego kościoła w Erbach. I tak cztery lata po śmierci syna w 1865 r. świątynia była gotowa, a jego trumna uroczyście spoczęła w sarkofagu za ołtarzem.

Lata po jego śmierci Marianna spędza w swoich posiadłościach, ze szczególnym uwielbieniem Włoch. Zawsze jednak chętnie wraca nad Ren. Tutaj też 1873 r. na suchoty umiera w jej ramionach ukochany Rossum, a królewna nad jego grobem karze umieścić imponującą figurę Chrystusa wskazującą niebo. Sama też rozstaje się z życiem właśnie tutaj 29. maja 1883 r. Umiera samotnie, gdyż wszyscy których najbardziej kochała odeszli z tego świata przed nią. I choć królewskim zwyczajem powinna być pochowana u boku swego męża, syn spełnia ostatnią wolę matki składając ją przy boku ukochanego Holendra. Niestety jego nazwiska próżno szukać na nagrobnej płycie. Konwenanse i etykieta dosięgły królewnę również po śmierci. Informacja mówi tylko o jej związku z pruskim królewiczem, a wzmianki o spoczywającym tu Rossumie nie ma po dziś dzień.

Erbach to obecnie dzielnica miejscowości Eltville w Hestii. Średniowieczny zamek nad Renem, winnice i architektura przyciągają tu wielu turystów, ale tylko nieznaczna ich część odwiedza te tereny śladami królewny z dolnośląskiego pałacu.

Sama Marianna napisała kiedyś: “niejedna księżniczka życzyłaby sobie, by mogła być tylko kobietą”. Dla niej, która wyprzedzała swoje czasy, łamała etykietę dworską oraz konwenanse, wbrew oczekiwaniom walczyła o miłość i szczęście, cytat ten okazał się bardzo trafny. Choć pewnie łatwiej by jej było iść przez świat jako mężczyzna, to była jedną z tych kobiet które udowadniały, że płeć nie ma nic wspólnego z możliwościami, czy smykałką do biznesu. Pokazywała, że kobiety mogą i powinny żyć na równi z mężczyznami, zajmując się tym, w czym są najlepsze. Że to ludzie i pomoc innym mają największą wartość. Była dowodem, że każdy z nas ma prawo do wyboru, miłości i poszukiwania szczęścia. O tym powinniśmy pamiętać podążając jej śladem po ziemi kłodzkiej i nie tylko…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *