Ciężki żywot śląskiego górnika

„Kopalnie wydają się nieodłącznym elementem krajobrazu Górnego Śląska. Miały one przez ostatnie dwa stulecia znaczny wpływ na kształt regionu, zarówno społeczny jak i środowiskowy. Przez cały XX wiek Śląsk był postrzegany jako kraina węglem płynąca.”

„Familoki. Śląskie Mikrokosmosy” Kamil Iwanicki

Choć tę krainę budowali przedsiębiorcy i magnaci tacy jak Schaffgotschowie, od których historii zaczęliśmy poznawać Śląsk to czynili to rękami zwykłych zjadaczy chleba. Ludzi, którzy często mieszkali w podupadających chatach, zarabiali grosze, harowali w ciemności i pyle narażeni na liczne niebezpieczeństwa. Wiedli ciężkie życie pracując od rana do wieczora niepewni, czy uda się im przeżyć kolejną zmianę. Praca górnika należała i należy do jednej z najniebezpieczniejszych zarówno jeśli chodzi o warunki, zagrożenia jak i skutki zdrowotne. Trzeba jednak przyznać, że dzięki temu rodziny górników zjednoczone wspólnymi problemami i mieszkające w dość hermetycznych środowiskach potrafiły stworzyć swoiste enklawy budując całe swoje życie wokół kopalni. Jak wyglądała ich praca, ale i codzienne życie oraz gdzie na Śląsku można tego doświadczyć przeczytacie w tym wpisie, sporządzonym ręką i okiem osób spoza tego górniczego regionu.

Sztolnia Królowa Luiza

Pierwsze wydobycie węgla w ufundowanej przez Friedricha Wilhelma von Reden kopalni „Königin Luise” (nazwanej tak na pamiątkę żony króla Fryderyka Wilhelma III) rozpoczęto w 1791 r. Wkrótce stała się ona jedną z najlepiej prosperujących, najnowocześniejszych na Śląsku i umożliwiała wydobycie złóż przez ponad 200 lat. By dobrze poznać jej historię i znaczenie należy wybrać się na zwiedzanie, zwłaszcza że spływ łódką po sztolni i poszukiwanie Skarbnika czy Utopka to jedna z lepszych atrakcji na Szlaku Techniki. Bez wątpienia przyczyniają się do tego również zaangażowani przewodnicy oraz klimat samych podziemi. Cała wyprawa trwa ponad dwie godziny i jest dobrze zorganizowana.

Wydobywany tu węgiel zasilał kopalnię srebra w Tarnowskich Górach oraz Królewską Odlewnię Żeliwa w Gliwicach bowiem już w 1846 r. powstało kolejowe połączenie między tymi zakładami. Największym jej mankamentem była napływająca woda, którą początkowo wydobywano wiadrami. Dopiero powstanie sztolni odwadniającej, którą obecnie odbywa się spływ, ułatwiło i pomogło usprawnić tę pracę. W szczytowym okresie, czyli w okolicach 1898 r. tutejsze zatrudnienie wynosiło 8,5 tysiąca górników! Praca przez wiele lat polegała na używaniu narzędzi zwanych pyrlikiem oraz żelazkiem i stopniowym drążeniu korytarzy w poszukiwaniu złóż czarnego surowca. Zawały, tąpnięcia, wybuchy pyłu węglowego, pożary, zalania, wypadki z użyciem narzędzi czy maszyn ale też niebezpieczeństwo związane z temperaturami, ciemnością, toksycznymi gazami oraz ciężką, fizyczną pracą w wymuszonej pozycji składały się na codzienność górników. Wcale nie dziwi więc powtarzające się nadal wśród pracujących tu przewodników czy górników mijających się w sztolniach pozdrowienie „Szczęść Boże”.

Strefa Carnall

Jest to strefa na której zwiedzanie można przeznaczyć nawet kilka godzin i naprawdę warto ten czas poświęcić. Zespół pokopalnianych budynków naziemnych można zwiedzać samodzielnie lub z przewodnikiem. W obiektach znajdują się wystawy dotyczące historii zabrzańskiej kopalni, ewolucji lamp górniczych, największych podziemnych katastrof oraz ratownictwa. Tąpnięcia, pożary i wybuchy skutkowały z reguły śmiercią od kilu do kilkunastu grubiorzy i były tragedią dla całych społeczności. Największa taka katastrofa na Śląsku miała miejsce w kopalni w Karwinie, gdzie w 1884 r. w wyniku wybuchu metanu zginęło 235 górników.

W maszynowni szybu zobaczyć można robiący duże wrażenie uruchamiany co godzinę pokaz stuletniej maszyny parowej. Niedaleko, przy drugim wejściu do podziemi znajduje się również park 12C, czyli bezpłatny plac edukacyjno-rozrywkowy, gdzie na milusińskich czekają eksperymenty i wodny plac zabaw.

Kopalnia Guido

Wycieczka zaczyna się od ubrania kasków i zjazdu szolą górniczą 320 metrów w dół. Potem… jest coraz ciekawiej. Poznaje się trudy pracy górników od jej początków aż do współczesnych metod wydobycia węgla, przemieszcza się elektryczną podwieszaną kolejką oraz odwiedza najgłębiej położony szynk w Polsce.

Kopalnia założona przez hrabiego Guido Henckel von Donnersmarcka w 1855 r. po zaprzestaniu wydobycia w 1928 r. służyła do testowania maszyn górniczych, by w końcu stać się częścią Muzeum Górnictwa Węglowego. Kolejny ukłon należy wykonać w stronę rzetelnych i oddanych przewodników – świetna robota! Miejsce obowiązkowe dla każdego turysty, również bajtli ;-).

Familoki

„Sama nazwa „familok” wywodzi się z niemieckich słów Familien-Haus albo Familien-Block, czyli „blok rodzinny”. Pierwsze domy robotnicze powstały na przełomie XVIII i XIX wieku wraz z rozpoczęciem ery przemysłowej na Śląsku. Były to skromne domostwa budowane w pobliżu królewskich hut w Gliwicach i Chorzowie. Przez kolejne dekady przy nowych zakładach stawiano oszczędne, proste ceglane domy. Od połowy XIX wieku zaczęły powstawać kolonie robotnicze na wielką skalę przy kopalniach, hutach i fabrykach. Przez ponad sto pięćdziesiąt lat w regionie zbudowano przeszło dwieście kolonii robotniczych”.

„Familoki. Śląskie mikrokosmosy” Kamil Iwanicki

Już Karol Godula jako jeden z pierwszych zaczął budować domy dla pracowników swoich zakładów. Przyczyna była prosta – tu na miejscu potrzebni byli robotnicy, a cóż innego może ich związać z pracodawcą lepiej niż oferta „własnego” kąta blisko pracy, z możliwością zamieszkania całą rodziną? Własny kąt w murowanym, solidnym domu, z czasem z kanalizacją i oświetleniem świetnie ściągał tak potrzebne do pracy ręce. Zakłady budowały więc całe kolonie, a wraz z nimi komórki, gołębniki, chlewiki, piece chlebowe i studnie tworząc całe społeczności zżyte ze sobą pracą u jednego szefa, w jednym zakładzie, jednej parafii i szkole. W końcu kopalnia, gospoda, kościół i łóżko to dla Górnoślązaka podstawy życia przez wiele, wiele lat. Spacerując po koloniach robotniczych obecnie śmiało można powiedzieć, że są to wyodrębnione sektory, na które nadal składają się mieszkalne budynki (w lepszym i gorszym stanie), plac zabaw lub podwórko z komórkami, obecność kościoła czy kapliczki ale przede wszystkim bliskość kopalni, huty bądź innej fabryki. O charakterystycznych czerwonych oknach krążą legendy – mówi się, że gospodynie malowały tak ścianki przy oknach, aby choć trochę ubarwić czarne od zanieczyszczeń kopalnianych budynki, a że dużo takiej farby stosowano do oznaczania korytarzy w kopalniach była łatwo dostępna. Należy też zauważyć, że:” w mieszkaniach z czerwonymi oknami żyją górnicy, z zielonymi – hutnicy, z białymi zaś – gorole ” („Familoki. Śląskie mikrokosmosy” Kamil Iwanicki). Najsłynniejszym robotniczym osiedlem w Polsce jest katowicki Nikiszowiec, ale na Śląsku istnieje wiele innych, które również warto docenić.

Kolonia Ficinus

To jedno z najstarszych osiedli robotniczych znajduje się w w dzielnicy Rudy Śląskiej – Wirki. Zbudowane zostało dla pracowników kopalni Gottessegen założonej przez rodzinę Henckel von Donnersmarck w 1867 r. Składało się z 16 identycznych domów, podzielonych na 4 mieszkania, do których przynależały również komórki gospodarcze. Obecnie zrewitalizowane w jednym stylu budynki są własnością prywatną, ale zajrzeć można do mieszczącej się w jednym z nich miejskiej biblioteki. Utworzono tu deptak oraz umieszczono tablice informujące o znanych mieszkańcach Rudy. Szkoda tylko, że widok na kolonię ograniczają parkujące wzdłuż samochody.

Kolonia Zgorzelec

Fundatorem tego osiedla powstałego w 1901 r. dla robotników bytomskiej Huty Hubertus był Hubert von Tiele-Winckler. Spacerując tutaj nietrudno wyobrazić sobie wracającego z kopalni ojca, matkę wieszającą na podwórzu pranie czy biegające między blokami bajtle. Obecnie budynki są rewitalizowane więc jest tu zdecydowanie czyściej niż bywało za czasów funkcjonowania kopalni.

Osiedle Kaufhaus

Nowoczesne, rudzkie osiedle, w którym znajdował się nawet dom noclegowy dla samotnych pracowników i majestatyczny dom handlowy (obecnie jeden z najstarszych w Europie) wybudowano w 1913 r. dla huty Pokój będącej w owym czasie własnością Ballestremów. Część osiedla rozebrano w latach 80. XX wieku, a część na czele ze wspomnianym budynkiem, odremontowano przywracając mu należny blask. Warto zajrzeć zarówno na zrewitalizowaną część, jak i głębiej w podwórka z budynkami jeszcze pokrytymi pyłem węglowym.

Kolonia Staszica

Budowę zlecił Franciszek von Ballestrem, a ostatnie budynki wzniesiono w 1922 r. Kamienice mieszkalne z czerwonej cegły przeplatają się tu z pomieszczeniami gospodarczymi, a na jednym z podwórek odrestaurowano nawet piec chlebowy, z którego mieszkańcy korzystali swego czasu według ustalonych dyżurów.

Oczywiście to nie wszystkie kolonie jakie dostępne są na Śląsku. Zbudowano ich tu ponad 200. Część z nich nie dotrwała do naszych czasów, części nie objęła jeszcze rewitalizacja, jedne są zamieszkałe inne całkiem opuszczone, a niektórym niewiele już brakuje do zawalenia. Cieszą natomiast wszelkie remonty i trzeba przyznać, że spacer po takich koloniach ze świadomością jak wyglądało tu życie to ciekawe doświadczenie – taka żywa lekcja historii. Jeśli się postaracie to możecie nawet znaleźć nocleg w takim budynku i osobiście doświadczyć atmosfery śląskiego życia górniczych rodzin.

Stacja Biblioteka

Otoczony familokami pierwszy dworzec w Chebziu, dzielnicy Rudy Śląskiej, zbudowano w 1859 r. w głównej mierze dla ruchu towarowego hut cynku i połączenia z Tarnowskimi Górami. Imponujący budynek zaczął podupadać w czasach PRL i był zapuszczoną ruiną gdy w 2016 r. miasto odkupiło go od PKP. Teraz jest przykładem niezwykłej metamorfozy łącząc funkcje użyteczne i edukacyjne nadal pozostając dworcem. Budynek zachował swój industrialny charakter z kolorową cegłą i stalowymi wzmocnieniami. Wciąż znajduje się w nim poczekalnia oraz wejście na perony, ale powstała tu też „Stacja Biblioteka”. Nowoczesne wnętrze z czytelnią, przestrzenią dla dzieci i miejscem na warsztaty edukacyjne czy spotkania autorskie. Jednocześnie wciąż pełni swoją pierwotną funkcję i może być przykładem dla rewitalizacji innych postindustrialnych obiektów.

Życie na koloniach toczyło się w niezmiennym rytmie: mężczyźni na grubie lub fabrykach, kobiety w domach a dzieci w szkołach lub… również w kopalniach (tak, kiedyś dzieci również mogły wydobywać, tylko w nieco skróconym wymiarze czasu). Wypiekanie chleba, świniobicie, szykowanie tyt dla pierwszoklasistów, obchody Barbórki – wszystko miało swój czas zgodnie z kalendarzem i porami roku. Dzisiaj choć każdy może zamieszkać w lokum z czerwonymi oknami, a po chleb lub mięso chodzi się już do „marketu” to idea familoków wciąż przyciąga. Dlaczego tak jest, dobrze wyjaśnia poniższy cytat, który stanowi również idealne podsumowanie i zakończenie:

„Na czym polega fenomen familoków? Na różnorodności stylów, idei, form i kształtów domów robotniczych. Na zachowaniu przez pokolenia śląskich zwyczajów. Na połączeniu nowoczesności i tradycji. Na esencji heimatu – małej ojczyzny. Na marzeniu o raju, który wielu utraciło. Na nostalgii za prawdziwym domem”.

„Familoki. Śląskie mikrokosmosy” Kamil Iwanicki

Źródła: