Uprawa i obróbka lnu na Śląsku została zapoczątkowana już w XII w. przez Cystersów. Z czasem rejon otrzymał liczne przywileje od cesarzy, jak chociażby ten z 1630 r. gdy Ferdynand III nadał miastu Jelenia Góra przywilej handlu tiulem i lnem, a w 1707 r. sprowadzono do Chełmska Śląskiego tkaczy z Czech. Cienkie i luksusowe tkaniny szybko zyskały renomę na całym świecie. Eksportowano je wkrótce za pośrednictwem domów handlowych do obu Ameryk, Afryki oraz Indii. Jednym z pierwszych i najbogatszych kupców oraz producentów tej tkaniny był Christian Mentzel, właściciel imponującego Pałacu w Łomnicy. W jego ślady poszedł wkrótce Heinrich Hess wpływowy jeleniogórski kupiec oraz dyrektor fabryki cukru, który w swoim nabytym w 1771 r. pałacu w Pakoszowie stworzył bielarnię lnu z sukcesem działającą przez kolejne prawie sto lat. W pobliskich Mysłakowicach sam król pruski Fryderyk Wilhelm III wydał w 1839 roku edykt nakazujący budowę mechanicznej przędzalni, co już na zawsze zrewolucjonizowało tkactwo. Pora zatem wyruszyć i z bliska przyjrzeć się lniarskiej historii, której ślady do dzisiaj widoczne są w całym regionie.
Pałac Pakoszów
Choć dokładna data wzniesienia pierwotnej budowli nie została dotąd jednoznacznie ustalona, wiadomo, że tutejsze dobra ziemskie należały początkowo do wpływowego rodu Schaffgotschów. Kamieniem milowym w dziejach rezydencji okazało się jednak przejście majątku w ręce Johanna Martina Gottfrieda – zamożnego kupca królewskiego i późniejszego burmistrza Jeleniej Góry. Szwagier słynnego handlarza lnem Christiana Menzla z rozmachem wkroczył w świat lokalnego przemysłu tkackiego. Na początku XVIII w. roku obiekt gruntownie przebudowano, nadając mu późnobarokowy kształt. W 1771 r. przeszedł w ręce rodziny Hessów pozostając w nich aż do zakończenia II wojny światowej. Od tamtej pory ta unikalna rezydencja pełniła podwójną, niezwykle prestiżową funkcję: reprezentacyjnego pałacu mieszkalnego oraz nowoczesnej manufaktury, w której bielono najwyższej jakości tkaniny.
W przeciwieństwie do wielu innych magnackich rezydencji, przed fasadą pałacu nie zaprojektowano ozdobnych ogrodów – rozciąga się tam rozległy, otwarty teren zielony, który w przeszłości pełnił kluczową funkcję gospodarczą. To właśnie na tej rozległej łące odbywał się skomplikowany proces uszlachetniania tkanin. Najpierw w pałacu w pomieszczeniach parteru materiały były nasączane w specjalnych kadziach i dokładnie płukane, a następnie rozkładane na trawie do wyschnięcia, gdzie pod wpływem promieni słonecznych ulegały naturalnemu procesowi bielenia. Niezbędną do tego celu wodę czerpano bezpośrednio z przepływającej tuż obok rzeki Kamiennej. Legalność tego procederu zabezpieczały tzw. przywileje wodne, oficjalnie nadane certyfikatem przez pruskiego króla Fryderyka II Wielkiego w 1777 roku. Zmieniające się realia rynkowe i rozwój przemysłu sprawiły jednak, że w 1856 roku tutejsza manufaktura zakończyła swoją dotychczasową działalność i została przekształcona w klasyczny obiekt rezydencjonalny.
Choć jeleniogórscy „panowie woalu” nie posiadali szlacheckiego rodowodu, ich potężne zasoby finansowe pozwalały na realizowanie inwestycji z iście królewskim rozmachem. Dzięki temu przez dziesięciolecia pałac w Pakoszowie tętnił bogatym życiem towarzyskim, stając się ważnym ośrodkiem kulturalnym i politycznym regionu. W tutejszych salonach gościli wybitni poeci, dyplomaci oraz koronowane głowy z królem Prus Fryderyk II Wielkim i przyszłym prezydentem USA Johnem Quincy Adamsem na czele. Świadectwem dawnego splendoru jest dziś w pełni odrestaurowana Sala Barokowa. Jej największą ozdobę stanowiły alegoryczne freski z XVIII wieku, wyjściowo będące dziełem wybitnego malarza Johanna Franza Hoffmanna. Choć oryginalne malowidło nie przetrwało próby czasu, zostało pieczołowicie odtworzone i zrekonstruowane na podstawie historycznych materiałów, przywracając wnętrzu jego dawny blask. Ciekawostką jest, że uwieczniono na tym dziele również sam pałac i suszące się na słońcu lniane tkaniny. Dawny blichtr poczuć można również w bibliotece z licznym księgozbiorem i widokiem na karkonoskie szczyty.
Największą ozdobą i zarazem ciekawostką jaką skrywa pałac jest zlokalizowana w północnym skrzydle budowli, wewnątrz tzw. Błękitnej Wieży Sala Kafelkowa. Ściany tego wyjątkowego pomieszczenia w całości wyłożono oryginalnymi, osiemnastowiecznymi fajansowymi kaflami sprowadzonymi z holenderskiego Delft. Ręcznie malowane, kobaltowe wzory na białej glazurze robią niemałe wrażenie, zwłaszcza że nie ma dwóch takich samych kafli! Każdy z nich to osobne dzieło sztuki przedstawiające niderlandzkie pejzaże, sceny z życia codziennego lub opowieści biblijne. To, że sali udało się przetrwać historyczną zawieruchę zakrawa na cud, a jej udana renowacja sprawia, że jest to jedno z najbardziej unikatowych pałacowych pomieszczeń na całym Śląsku. Romantyczny pokój obecnie można wynająć na specjalną okazję, a zaręczyny czy angielska herbatka w takich okolicznościach na długo pozostaną niezapomniane.
Nie tylko goście hotelu, ale i zwykli turyści mogą zajrzeć do pałacu by podziwiać dwie najpiękniejsze sale oraz zobaczyć film o historii całego założenia. Nowy rozdział w dziejach rezydencji rozpoczął się na początku XXI wieku, kiedy zrujnowany obiekt zakupił Hagen Hartmann – wnuk ostatniej przedwojennej właścicielki. Podjął się on ambitnego zadania przywrócenia pałacowi dawnej świetności realizując odbudowę w zgodzie z dokumentacją historyczną. W efekcie tych prac, w 2012 roku otwarto tutaj pięciogwiazdkowy hotel ze strefą wellness, elegancki barem oraz restauracją „Stara Bielarnia”. Taki ukłon w stronę historii zdecydowanie zasługuje na odnotowanie i docenienie.
Pokoje mieszczą się w zarówno w samej rezydencji jaki i w nowoczesnym skrzydle z widokiem na malowniczy staw. Kolację można zjeść w klimatycznej sali z kominkiem, na tarasie nad stawem lub w ogrodzie z widokiem na Karkonosze, a dania regionalnej kuchni z nowoczesnym twistem, szczególnie słynny tatar i sposób jego serwowania, zachwycą każdego pasjonata dobrego smaku. To, co najbardziej zapada w pamięć po wizycie w Pakoszowie, to panujący tu klimat. W niespiesznej atmosferze można odpocząć i naładować baterie, albo wyruszyć na poszukiwanie kolejnej lnem stojącej historii…
Pałac w Mysłakowicach
„Mysłakowice przez wiele lat były wsią wybraną dzięki wizytom królewskim. Z natury rzeczy wokół monarchy gromadzili się ludzie najważniejsi w państwie, nawet wtedy, gdy przyjeżdżał on tutaj, by wypoczywać. W Kotlinie Jeleniogórskiej wyrosły w tym czasie liczne dwory i pałace. Często znajdowały sie one tutaj już wcześniej, ale dzięki modzie na Karkonosze w XIX wieku, którą w wielkim stopniu trzeba wiązać z mysłakowicką siedzibą królewską, gwałtownie rozkwitły. A mieszkańcy Mysłakowic zażywali chwały „narodu wybranego””.
„Ze Śnieżką w tle” R. Witczak
Pierwszy, skromny jescze budynek stanął w tym miejscu w XVII w. , a w roku 1751 ówczesny właściciel majątku Maximilian Leopold von Reibnitz, przekształcił obiekt w okazałą, barokową rezydencję, która wkrótce znalazła się w rękach generała von Gneisenau, pogromcy Napoleona pod Waterloo. Największą zmianę wprowadził jednak zakup majątku przez króla Prus Fryderyka Wilhelma III w 1831 r. W rękach królewsko-cesarskiej rodziny Hohenzollernów pałac pozostawał aż do wybuchu I wojny światowej, a ostatniej wielkiej przebudowie z 1844 r. zawdzięcza się neogotycki styl, który podziwiać można do dzisiaj.
Obiekt wyróżnia charakterystyczny, dwukondygnacyjny pawilon wejściowy zwieńczony przestronnym tarasem oraz stanowiąca lewe skrzydło sala balowa. Pałac posiada ośmioboczną wieżę zwieńczoną blankami, a w centralnej części dachu wzniesiono przeszklony, kryty kopułą belweder, z którego podziwiano panoramę Karkonoszy. Reprezentacyjne komnaty wyposażono w zdobione piece kaflowe, neogotyckie sztukaterie oraz marmurowe popiersia członków rodu Hohenzollernów. Niestety do współczesnych czasów niewiele pozostało i nie można też zobaczyć wnętrza. Po II wojnie światowej zabytek został bezwzględnie splądrowany przez żołnierzy Armii Czerwonej i lokalnych szabrowników, a przed całkowitym unicestwieniem uchroniło go przekształcenie w szkołę. Po opuszczeniu murów przez uczniów, ta dawna rezydencja monarsza od kilku lat stoi pusta i powoli niszczeje, czekając na nowego właściciela.
Królewskie niezwykłości
Jak przystało na królewski majątek, pałac w Mysłakowicach otoczono rozległym parkiem krajobrazowym, w którym to w wyjątkowo oryginalny sposób podkreślono fantazję właściciela. Największą atrakcją stała się bowiem „brama” wykonana z autentycznej, mierzącej aż 6 metrów dolnej szczęki wieloryba grenlandzkiego, zakupionej przez króla Fryderyka Wilhelma IV. Konstrukcję malowniczo wzniesiono na północnym brzegu stawu, gdzie podziwiali ją szalchetni goście tacy jak car Mikołaj I. Choć w latach 80. XX wieku potężna wichura powaliła ją do wody, doprowadzając do znacznego zniszczenia, pamięć o niej nie zaginęła. Po latach, podczas oczyszczania zbiornika, szczątki wieloryba wydobyto i poddano renowacji. Oryginał trafił do wnętrz muzealnych, w parku umieszczono natomiast wierną replikę, która po dziś dzień pozwala podziwiać dawny rozmach pruskich władców.
Drugą, niemniej fascynującą ciekawostką są trzy antyczne kolumny sprowadzone prosto z Pompejów, których wiek szacuje się na ponad dwa tysiące lat. Do Mysłakowic dotarły jako dar króla Neapolu dla pruskiego monarchy Fryderyka Wilhelma III. Dziś te unikalne artefakty można podziwiać w dwóch miejscach: dwie z nich podpierają przedsionek miejscowego, kiedyś ewangeliskiego, a dzisaj katolickiego kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa, natomiast ocalały trzon trzeciej kolumny zdobi fontannę na terenie dawnego kompleksu pałacowego. Warto wspomnieć, że tutejszy kościół wznoszono dwukrotnie. Wieża pierwszej budowli zawaliła się w 1838 – dokładnie w roku otwarcia świątyni. Jako przyczynę katastrofy wskazano błędy w sztuce budowlanej i z rozkazu samego króla obiekt całkowicie rozebrano, a następnie wybudowano od nowa w obecnym kształcie.
Tyrolczycy i alpejska wioska na Dolnym Śląsku
Mieszkający nad rzeką Ziller w Cesarstwie Austriackim protestanci od lat zmagali się z dotkliwymi szykanami w katolickiej monarchii Habsburgów, aż do 12 stycznia 1837 roku, kiedy to władze Tyrolu postawiły im bezwzględne ultimatum: przejście na katolicyzm lub natychmiastowe opuszczenie ojczyzny. Wierność swojemu wyznaniu zadeklarowała grupa licząca 440 osób i to oni w sierpniu tego samego roku konnymi powozami wyruszyli w trzytygodniową podróż w kierunku Mysłakowic. Tutaj dzięki staraniom swojego rzecznika Johanna Fleidla, hrabiny von Reden przewodniczącej „Komitetu ds. Emigrantów z Doliny Ziller” i za zgodą pruskiego króla Fryderyka Wilhelma III mogli osiąść i zbudować swoją osadę. Nazwali ją Zillerthal stawiając charakterystyczne, drewniane domy alpejskie, które znali ze swojej ojczyzny. W budynkach pod jednym dachem znajdowała się część mieszkalna, którą otaczał drewniany, zdobiony balkon oraz gospodarcza, najczęściej stajnia, stodoła lub kuźnia czy młyn. Do 1875 roku wybudowano 65 takich domów, a osadnicy wiernie kultywowali dawne zwyczaje, nosząc charakterystyczne dla swojego regionu stroje ludowe oraz dbając o tradycję. Oczywiście z czasem coraz bardziej asymilowali się z okolicznymi mieszkańcami, a po drugiej wojnie światowej przyszło ich potomkom opuścić swoją nową ojczyznę. Pozostało za to w Mysłakowicach charakterystyczne budownictwo, wzdłuż głównej drogi nawet nowe domy nawiązują do tego stylu. To prawdziwa alpejska wioska w środku Dolnego Śląska.
Będąc w okolicy warto zajrzeć do „Domu Tyrolskiego numer 5”. Jego właściciel – pan Bernard, od lat z mozołem przywraca blask temu bez wątpienia najsłynniejszemu spośród wszystkich zachowanych domów alpejskich w regionie. Na jego drewnianym balkonie widnieje widoczny napis „GOTT SEGNE DEN KOENIG FRIEDRICH WILHELM III” („Boże błogosław króla Fryderyka Wilhelma III”), co miało być sprytnym fortelem gwarantującym właścicielowi zwolnienie z podatków. Wewnątrz tego niezwykłego obiektu można podziwiać pieczołowicie odrestaurowane wnętrza, posłuchać historii o tyrolskich osadnikach oraz zapoznać się z unikalnymi fotografiami i dokumentami zebranymi przez prawdziwego pasjonata. Istnieje również możliwość zarezerwowania noclegu, co pozwala osobiście poczuć magię dawnych lat i na własne oczy przekonać się, jakie architektoniczne rozwiązania skrywają te historyczne mury.
Dolnośląskie Zakłady Przemysłu Lniarskiego „Orzeł” i nie tylko
Jak już wiadomo przez wieki uprawa ziemi i ręczna obróbka lnu stanowiły główne źródło utrzymania lokalnej ludności. Tak też było tu w Mysłakowicach. Proces ten zdecydowanie zrewolucjonizowali wspomniani Tyrolczycy – pracowici i zorganizowani szybko zaczęli uzyskiwać świetne wyniki w uprawie lnu. Chałupnicy ciężką pracą zarabiali na przysłowiowy chleb, bogacili się kupcy a dodatkowo wojny i rewolucje XVIII w. oraz mechanizacja przemysłu w innych krajach przyczyniły się do coraz gorszej sytuacji czeladników. I tu na pomoc wkroczył sam król Fryderyk Wilhelm III, który w 1839 r. polecił wybudować mechaniczną przędzalnię. Dwadzieścia osiem lat później wyroby z lniarskiej fabryki zdobyły złoto na wystawie w Paryżu, a z taśm schodziły nici, tkaniny, pościel, bielizna kuchenna i stołowa. Nastał czas wielkiego rozkwitu gospodarczego. Przy fabryce powstała szkoła dla dzieci pracowników, zbudowano kolonię domków, hotel dla osób samotnych oraz kaplicę.
Trudne lata nastały po pierwszej wojnie światowej, ale i je fabryka przetrwała by po drugim globalnym konflikcie znaleźć się w polskich rękach. Państwowy Zakład Lniarski „Orzeł” swoją największą świetność przeżywał w latach 60. XX w. Z zatrudnieniem sięgającym prawie trzy tysiące pracowników aż 80% swoich lnianych wyrobów wysyłał na rynki światowe, m.in. do USA, Anglii i Australii. Zakład posiadał ośrodek wypoczynkowy w Karpaczu, liczne kluby sportowe, przedszkola oraz, zgodnie z duchem nowych czasów, dla pracowników stawiało się bloki mieszkalne. Kryzys gospodarczy nadszedł wraz ze zmianami polityczno-gospodarczymi lat 90-tych. Podobnie jak w przypadku wielu innych ikon dolnośląskiego przemysłu – choćby Zakładów Przemysłu Jedwabniczego „Dolwis” w Leśnej czy dzierżoniowskiej „Diory” – wielki zakład zakończył swój byt, nie dostosowując się do nowej, wolnorynkowej rzeczywistości. Dziś o dawnej potędze przypomina już tylko historia i pozostałości zakładowych budynków, jednak duch dawnego rzemiosła przetrwał. Podczas spaceru po mieście warto zajrzeć do lokalnych, prywatnych butików z odzieżą lnianą, które w skromniejszy, ale autentyczny sposób kontynuują wielowiekowe tradycje tego regionu.
Wpis powstał we współpracy z Pałacem Pakoszów.
Źródła:
- www.palac-pakoszow.pl
- www.zabytek.pl
- www.myslakowice.com
- „Ze Śnieżką w tle. Opowieść o królewskiej wsi Mysłakowice” Romuald Witczak, Wyd. Związek Gmin Karkonoskich, 2016
